Boże mój, Boże!...

Spod ławki wysunął się kot o grzbiecie w pałąk zgię­tym i twardo wystawioną kitą ogona. Na stężałych jakby no­gach szedł sztywno, błędnie, świecił ogromnie rozszerzonymi ślepiami i wlókł za sobą wielki, potworny cień. Kunicki ude­rzył kijem to czarne licho. Kot skoczył w kierz25 i rozległy się niebawem przeraźliwe, ochrypłe, gardłowe syki, a potem jakby beznadziejne szlochanie dzieci po ciemnym parku. Koty darły się po kątach.

A gdy one ucichły, rozległ się z pobliskiej ławki gło­śny pocałunek i szept stłumiony — duszny. Kunicki miał ochotę podejść tam i bić, bić, co sił starczy.

Jezus Maria — jakież to wszystko wstrętne!

Powiał znowuż wiatr wilgotny, niosący z sobą miękką woń świeżo zoranej ziemi.

Wiosna — przypomniało się Kunickiemu.


Za chwilę był w kawiarni.

Tu przynosił zwykle ciężkie brzemię samotności i w ogro­mnej potrzebie ludzi wchłaniał w siebie wielki gwar obcego życia. Cichy i niewidoczny na uboczu, leczył się, jak chore zwierzę, widokiem gromady; zbiedzony, przybity smutkiem, zapominał o sobie: ginął, rozpraszał się, wsiąkał w tłum wiel­komiejski.

— Pesymizm? Pesymizm? — rzucił niedbałe pytanie ktoś tyłem do niego zwrócony i pochylony nad bilardem. Poznał znajomego dziennikarza Jelsky’ego, „trochę Polaka”, jak zwykł mawiać o sobie. Widywał go u Borowskich.