— Och, żebyś pan wiedział!... — skarżył się za powro­tem Kunicki.

— Wiem i widzę, żeś pan swym sentymentem zajechał na ślepe szyny. Hamuję, pcham z powrotem na rozsądną drogę kariery: — robię, co mogę.

— Pan mi dziś karierą tak dokuczasz! Mój panie, dla­czego pan jesteś dziennikarzem, a nie filantropem?

— Ponieważ to métier27 jest najmniej odpowiedzialne.

— Acha! — Ale paneś w kawiarni jak u siebie w domu?

— Mieszkam — odpowiedział z filozoficznym spoko­jem i pilnikiem kieszonkowym począł szlifować sobie pa­znokcie. — Z obowiązku, z fachu. W kawiarni robi się dziś kultura. Nawet prorocy nie każą28 dziś na górach, tylko po kawiarniach.

Rzucił okiem na gazetę i swym pilnikiem wskazał nied­bale jeden ustęp.

— Jest tu nowy żer dla pańskiego sentymentu i nowe kastalskie źródło wstrętu... Oj, te idee, te idee!... Wraca skądciś banda obieżysasów galicyjskich i wiezie piękne gościńce kul­tury do swej ojczyzny. Jeden w drugiego! — Powiadam panu. Jeden w drugiego! Kobiety! Dzieci nawet!

Kunicki nastawił uszy.

— Boże wielki! To ich nie można puszczać tam — do kraju.