— Radzę wyjechać na trzy tygodnie. Gdzie bądź... Cy­garo, panie Kunicki?...

— Dziękuję uprzejmie... Nadzieja asystentury...

— Nie o to idzie... Chciałem panu powiedzieć, że... Hm!

Wydął wargi, gładził długą brodę, wreszcie:

— Z małżeństwem nie należy nigdy zwlekać! — wypa­lił mu prosto w oczy.

Kunicki stanął jak w ogniu.

— Ależ... dalibóg!...

Ujął go za obie ręce, uścisnął i odprowadził do drzwi. „Ja umiem tylko radzić. Niedyskretny być nie potrafię. Że­gnam pana”.

Z wielkim profesorskim cygarem w ustach szedł za­dumany przez ulicę. A że myśli były bardzo przykre, węzeł stawał się beznadziejnie zawiły, więc — uczuł nagłą po­trzebę napicia się czarnej kawy.

Gdy wracał do domu, gniewał go ścisk na ulicach, zmu­szający do wolnych, ślimaczych prawie ruchów i bezcelowego oglądania obojętnych twarzy. Przy sposobności zauważył, że ten i ów, mijając go, uśmiechał się nieznacznie, jakby chcąc powiedzieć: „Oto idzie znowu jeden z tych, co to mają lek­kiego fiołka w głowie”. Uśmiechali się oczywiście komiwojażerzy, ci zawsze z siebie zadowoleni, „najnormalniejsi” ludzie w mieście. „Ja wśród aniołów w niebie odróżnię chyba du­szę, która na tym padole płaczu była komiwojażerem” — zemścił się na nich myślą Kunicki. — „Swoją drogą, muszę być bardzo rozdrażniony i wyglądam prawdopodobnie dzi­wacznie. Ach, ta kawa, to cygaro obrzydliwe!... Zresztą, to jest jasne: rozdrażnienie wywołuje szybkie, gwałtowne, ostre ruchy, w tym tłumie ślamazarnym muszę wyglądać, oczywiście, jak mucha w pajęczynie”.