Gdy skręcił na swoją ulicę, ścisk uczynił się na chwilę jeszcze większy. Usłyszał za sobą cichy, krótki dzwonek. Lu­dzie się rozstępowali, dwie baby przyklękły nawet na trotuarze. Kunicki zdjął czapkę, co tu widocznie nie było we zwyczaju. Przechodzący tłusty jegomość znowu się uśmiecha z poczuciem wyższości solidnego człowieka, któremu interesa dobrze idą. „Ty, bydlę niskie!” — myśli Kunicki i, korzysta­jąc z wolnego miejsca za księdzem, postępuje tuż za nim. Ludzie najwyraźniej przypuszczają, że to on księdza do kogoś sprowadza. Jakaś baba podbiegła nawet, by zagadnąć, do kogo.

„Ja muszę mieć ładną minę, jeśli pasuję nawet do ta­kiego rodzajowego obrazka”.

„Ależ traf szczególny, żeby akurat do mego domu szli... na schody moje... Co, u diabła!... Czyżby na drugim?... Trzecie!...

„Baba!... Oczywiście baba. Ale cóż by jej tak nagle? Z czego?”

„A co? — dzwonią...”

Otworzył obcy człowiek w mundurze warty sanitarnej. Kunicki zaniepokoił się już poważnie. Ksiądz pyta, do kogo. Kunicki, stojąc o pół piętra niżej, nadstawia uszu. Tymcza­sem nie chce mieszać się do niczego. Poczeka.

— Do młodego pana — brzmiała odpowiedź.

— „Co!?”

— Kto taki? — pyta ksiądz.

— Student.