Kunicki chce w pierwszej chwili krzyknąć przeraźliwie. Ale się słania, za poręcz chwyta i ściska ją z całych sił. Lewą dłonią po ciele wodzi, szarpie spotniały włosy, szczy­pie się w wargę. — „Nie, ja przecież nie śpię. U Boga — co to jest!? Co to wszystko znaczy?”. Chłopak kościelny za­dzwonił raz: cicho, króciutko, jakby przez nieostrożność.

— Niech będzie pochwalony — obcy, cichy, zapłakany głos, gdzieś w głębi korytarza.

— Na wieki.

Ktoś klęka tam w głębi korytarza. Szlocha. Jak stra­sznie szlocha!

— Wypadek? — pyta ksiądz człowieka w czapce z odwachu sanitarnego. — Przytomny?

— Bardzo mało — szepcze ktoś basem. — Samobójstwo.

Ksiądz cofa się od progu.

Wypada młoda kobieta z głębi i buch! księdzu do nóg. „Jak ona strasznie upadła!”. I szlocha. „Chryste, jak ona szlocha!”

Kunicki puszcza poręcz schodów. Pręży się jak struna, zaciska pięście kurczowo. Nie da się halucynacji. Nie da się nawet obłędowi, jeśli to jest obłęd! On tu jest — nie tam!... Nie da się. Woli ma jeszcze trochę.

Zimny pot strugami zlewa mu twarz.