Przeskakując po kilka stopni, pędzi na dół. Instynkt za­chowawczy woła w nim bezładnie: „Dorożka. Z powrotem do profesora. Szpital. Osobny pokój... I cisza, cisza wielka. Z początku morfina, a potem cisza i spokój tylko... Musi przejść... Aby tylko dorożka!”

Wyskoczył z bramy aż na środek ulicy. I tu się dopiero obejrzał. W imię Ojca, Syna i Ducha!... Numer 38.

O dwa domy za daleko!

Otarł chustką pot z twarzy, poprawił kapelusz, zapiął palto i, zagryzając wargi, aby się nie trzęsły, zawrócił pod numer 34. Obejrzał swój dom uważnie i porównał go z tamtym. Podobne oczywiście, jak bliźniaki, a jednak trzeba być bardzo roztargnionym. „Oj, ta czarna kawa, to cygaro!”.

W domu zastał swą gospodynię w niesłychanym pod­nieceniu.

— Wypadek był w sąsiedztwie — wołała od proga, a raczej wymlaskała z prawdziwym smakiem.

— Wiem.

W myśli zaś dodał: „Chwała Bogu, rzeczywistość! Kon­kretny, policyjny fakt, entuzjazmujący wszystkie kucharki w całej dzielnicy. Ależ napatrzyłem się dziś rozkoszy miej­skich. I to mnie tak niesłychanie rozdrażniło”.

Zmaczał głowę i piersi, natarł skronie wodą kolońską i postanowił natychmiast posłać do apteki. Wyrwał więc kar­tkę z notatnika i pisał pedantycznie:

Natri brom. .................... 3,0