— Prosiła, żeby pan doktor nie zapominał. Trzy razy to powtórzyła. Pani przyniosła ze sobą wiązankę kwiatów, myśląc, że pan doktor jest chory. Wejść nie chciała. Rozma­wiała ze mną przez próg. Prosiłam bardzo, żeby zostawiła i zdrowemu. Mówiłam, że pan doktor zawsze taki samotny, że kobiet nigdy...

— Dosyć!

Baba położyła ostrożnie garść kwiatów na najbliższym krześle i zamknęła cicho drzwi za sobą.

Kunicki wciąż jeszcze stał nieruchomo przy biurku. Po chwili dopiero sięgnął po receptę i począł ją drzeć na dro­bne kawałki. Podjął machinalnie jakąś książkę ze stołu, usta­wił ją pedantycznie na etażerce, zbliżył się wreszcie wolno do wiązanki kwiatów, powąchał, znalazł się blisko kanapy i osunął na nią z kwiatami przy ustach, pod twarzą. Miał wrażenie, że jakaś potężna dłoń wciska mu twarz w te kwiaty. Patrz, patrz, gnuśny i uparty! Na życiowej ścieżce źródła tego ominąć nie wolno: taka jest wola młodości. Musisz pić z tych wód, co rodzą albo siłę i czyn, albo ducha wyłącznie, albo bezwolę jedynie: rodzą życie, sztukę lub marzenie. W płomieniach, co cię ogarną, natura hartu twej duszy do­świadczyć pragnie na to, aby cię wznieść lub poniżyć. Taka jest wola młodości!

Gdy powstał, miał w głowie jedną tylko myśl, jedną trwogę:

— „A jednak — dokonało się!”


— Ach, Boże! — myślała Borowska. — Od czasu, jak dostał te książki od Jelsky’ego, nie wychodzi wcale z domu. Zamyka się w pokoju, mruczy, deklamuje i chodzi, bez ustanku chodzi, równo, miarowo, jak wahadło. I pije. Znowuż!

Zajrzała przez dziurkę od klucza. Tużurek włożył na siebie. Po co? Zapięty i sztywny chodzi jak żołnierz na war­cie. Staje przy biurku, prawa dłoń na piersiach: czeka dumnie na coś. — O czym on myśli?

— Właduś? — szepnęła w szparę.