— Gryź... Zocha! I dałby to kto wiarę? — Toż boli... Oj, kot, kot! — Już się tuli, już zwija w kłębuszek.
— Jak ja ciebie lubię, Właduś!
Zaparło się westchnienie w piersiach Zochny.
— Ale nie chodź tak Władek całymi dniami po pokoju: — to takie smutne.
— Zupełnie tragiczne — hę? To wskazuje, że mąż jeszcze myśli.
Drgnęła mu czujnie w ramionach, odrzuciła w tył głowę i wpiła się w niego trwożnym wejrzeniem. Borowski sięgnął po papierosa i ukrył się niebawem w chmurze dymu. Siedzieli tak w milczeniu; on ćmił papierosa i machinalnie, niemal automatycznie głaskał ją po włosach.
— Rozpleć...
Miękkim ruchem ramienia dotknęła ciężkiego zwoju na potylicy, potrząsnęła głową: jasne pęki rozprysły się same. Zapachniały włosy.
Wyrwała mu z ust papierosa i odrzuciła precz.
— Nie chcę, żebyś palił!...