— I znowuż chodzisz? — szeptała potem cicho, łzawo, wtulona w kącik kanapy.
Przez dłuższy czas nie odpowiadał jej wcale. Potem, zatrzymując się nagle przed nią, wołał gorączkowo:
— Widzisz, tam u nas, w budzie, najczęściej tak bywało — w spektaklach niby. W czarnym szlafroku i ze świecznikiem w ręku, wpadam jak bomba na scenę, rzucę się o prawą kulisę i wrzasnę: „Ojcobójca!”. A że fajerwerk zapalą, więc się spłoszę i buch o lewą kulisę. „Bratobójca!”. I tam fajerwerk — więc walę we drzwi: — „Ojcobójca! Bratobójca!” — i buch w szlafroku na ziemię! A tu kulisa się wali, ognie dymią, kamienie obracają się w beczce... A ludzie ryczą. Im aby fajerwerki, aby aktor wył, aby konie na scenie... Tfu!
A nie, to familiendramy37! Pijesz kawę z pustej filiżanki, jesz gęś papierową i ględzisz, i pleciesz przez pięć zbytecznych aktów. I kucharki się szwendają i gospodynie sapią; dzieci nękają ojca, ojciec nęka dzieci, ponieważ pierwsze nie wiedzą, czego chcą, a drugi dusi pieniądze: zamiast kupić szczęście sobie i innym, dobija siebie i otoczenie. Synków takich przewinąłbym przez kolano, skąpca papę okradł zaraz w pierwszym akcie: — i nie ma familiendramy! Co tu grać? A nie, to kupuj lakiery, pożyczaj tużurek, pucuj zęby i rób hrabiego! „Dokąd że to pan?” — zapyta zazdrosna żona. — „Do klubu, hrabino!” — „Żegnam!” — „Pani!...” — „Hrabio?...” — westchnie. Zwracasz się więc ode drzwi i kładziesz cylinder na krzesło: „Pani?...” — „O nic, nic! — do widzenia hrabio”. — Zdejmujesz wobec tego rękawiczki i całujesz. Wchodzi lokaj, więc mówisz smutnie: „Każ odprzęgać, mój biedny Pawle. I każ posłać łóżko, mój biedny Pawle”. — I taką małpę bez krwi, bez myśli, bez sensu, bez krzty człowieka w sobie robić musisz przez trzy godziny. A jak się oblizują recenzenci! „Co za bajeczna rzecz! Paryż, Paryż — kultura! Jak to zrobione, jak wycyzelowane! Co za maestria machy!”. — Dziwię się, żem żadnego recenzenta jeszcze nie pokopał w życiu. Albo te adwokaty, te doktory nasze i ich klępy ospałe po lożach. Cholerna publika!
— Tęsknisz tam, Władek?...
Zamiast odpowiedzi rzucił się do biurka i porwał książkę.
— Wiesz, tu jest tak! — Zbankrutował. Runęło wszystko tak, że te gruzy, wiesz, aż w celi więziennej go zasypały. A potem jeszcze gorzej. Z gruzów wypełzły żmije, wiesz: ludzka krzywda, złość, podłość, i ułożyły mu się tam, pode drzwiami; nie dopuszczają ludzi. Samotny! Przychodzi tylko jakaś klępa bębnić mu na fortepianie. Ale przez tylne drzwi, od bocznej kulisy. Do niej nawet się nie pali: już mu wszystko nic! A żonę ma podłą! Biłbym przecie szelmę, że aż!... I widzisz: chodzi. Słuchaj, co mówię! Tam na dole kobieta, która się zestarzała w miłości ku niemu: taka wielka, bolesna miłość! Ona tam na dole z tą szelmą żoną rozmawia. — A potem cisza. Smutek wspomnień się zrobił, daleki smutek młodości. A tam u góry: łup! łup! łup!... Widzisz, chodzi! Chodzi jak lew po klatce, ten lew jej młodych marzeń. W klatkę życie zamknęło! A na scenie cisza, cisza... Zaś ludziom tam w sali, który lepszy, tu coś pod gardło... Widzisz, Zochna — nazywa się Ibsen. Autor niby. Z Norwegii będzie, powiadał Jelsky... Z Norwegii... będzie... powiadał...
Zochna zaniepokoiła się i powstała z kanapy.
— Właduś, co tobie?