— Powiadał Jelsky... — Borowski skrzyżował ręce na czole i wciskał dłonie w oczy. A gdy go żona objęła troskliwie, pocałował ją szybko w rękę i odsunął od siebie. Po czym sięgnął po papierosa i, ukrywszy się w dymnicy, znowuż biegał po pokoju.
— I wiesz, ciągle czeka — mruczał przez pół do siebie. — Co kto na schodach się ruszy, on...
Borowski rzucił się do biurka i stanął we wspaniałej pozie dumnego wyczekiwania.
— A! — wyszeptała żona, teraz dopiero zrozumiawszy jego zachowanie się w ciągu ostatnich kilku dni. — O, tego nikt na świecie tak nie zagra, jak ty! — westchnęła prawie bezwiednie. — Chodź tu, Właduś, siądź przy mnie. Weź za ręce i tak opowiadaj.
Usiadł posłusznie.
— Widzisz, Zochna, potem przychodzi tam do niego robak zdeptany przez życie. Wygniotło mu ono z duszy wszystko, prócz tego, co w młodości kiedyś napisał: dramat czy licho. Nosi się z tym wszędzie; wszyscy drwią. Przywlókł się więc do najbardziej wzgardzonego. Gęba potwornie żałosna, ruchy chwytne: obrzydliwość i łzy... Wielki złamany czyn i robacze, jak plwocina, niedające się zdeptać marzenie.
— Powiadał Jelsky — zaczął po chwili i zwiesił głowę. — Jelsky mówił... Jezus Maria, nie móc grać! Nie móc grać!...
Zochna westchnęła i wsparła mu jasną głowę na piersiach. Oddychała głęboko w zamyśleniu.
— Władek — mówiła z trudem wielkim, marszcząc jasne czoło i przysłaniając oczy rzęsami — Władek, jeżelibym ci kiedy na drodze stanęła...
— To co, Zocha?