— To zdepcz!
I nagłym ruchem usunęła się przed nim na kolana.
Chciała coś mówić, lecz słów nie znajdując w przepełnionej duszy, wsparła bezwładną głowę na jego piersiach. Podjął z ziemi, przytulił twarz do jej policzka: pomieszały się łzy obojga. A gdy ją potem coraz to mocniej do siebie przygarniał, wysilił się spoza tych łez uśmiech błędny i ogromnie zmęczony...
— I znowuż chodzisz? — grymasiła, wydymając wargi, i z dwóch poduszek pluszowych wyścielała sobie przytulne gniazdko w kącie kanapy.
— Opowiedz co — uprzedzała z bezwiedną chytrością jego ciężką zadumę. — Co tam jest więcej w tych książkach?
— Tam? Dużo, bardzo dużo: świat nowy! — Wróg ludu — rozumiesz? Chodzi tam o jakieś kąpiele... Ale co mi! Widzisz — tłum, tłum wielki i jednostka, która czegoś pragnie... Poczekaj, ja ci zaraz...
— Nie pij, Właduś...
— Ach, daj mi pokój!... Widzisz, jednostka! — Jedno małe drgające serce ludzkie — a tam wielka, bierna masa: nazywa się kurierek, gazeta, publiczność. Chciał czegoś, pragnął, kochał, cierpiał.... Patrz! Widzisz, idzie przez ulicę. Tam u nas po Nowym Świecie. A za nim tłum. Widzisz, Zochna — tłum.
Skoczył w kąt, przyparł się do ściany, zebrał się, stulił w sobie, ramiona łokciami do się przycisnął, wskazujące palce dłoni z żarłoczną ciekawością przed się wystawił i zrobił straszną maskę: zabijał kogoś złośliwym, jadowitym śmiechem.