— Tłum!! — wołał. — ...On idzie tam przez ulicę, a tłum za nim! „Patrzcie! — syczał Borowski jak żmija. — Patrzcie, to idzie ten, o którym w gazecie stało, któremu pożerająca ambicja tak niepotrzebnie roztworzyła głupią gębę... Patrzcie, jak on idzie, jak się rusza... Widzieliście kiedy taki nadzwyczajny egzemplarz durnia? — A czytałeś ty, co tam właściwie w gazecie było? — Nie. — No, można być ło­trem — to nikogo dziś nie zdziwi; ale, mając takie nieczyste sprawy za sobą, jeszcze gębę otwierać, wynurzać się jak piskorz z błota ludziom pod nogi — na to trzeba być czymś więcej: osłem kapitalnym”.

„Patrzcie, patrzcie, jak on idzie! Jak się rozkracza! On jest słaby na żołądek! Widzicie, widzicie, jak się ukłonił, jak się w pałąk zgiął! Jaki szczęśliwy, że stróż przed nim czapkę zdjął. On tego stróża w udo z wdzięczności pocałuje!...”.

„Ha, ha, ha! — tłum się śmieje!”

Tu Borowski zatrząsł się tak potwornym śmiechem, że Zochna drgnęła na kanapie.

— Właduś — nie!...

— Stój, ty, proroku! — wołał tymczasem mąż. — Stój, apostole o wykrzywionych kamaszach. Stój! — Swój czło­wiek cię woła... Nie wierzy! — On już nikomu nie wierzy... Stój, opowiedz: czy bardzo palą ci grzbiet te odprowadza­jące na ulicy spojrzenia? Ale ty życia jeszcze nie znasz, proroku!... A znasz ty te nagłe milczenia, gdy wchodzisz? Te szepty i gawędy najpospolitszych kretynów? te po kątach parskania niepowstrzymanego śmiechu, skandalizujące nawet twoich wrogów?... Tyś pewno zakochany? Taki doktryner bywa zwykle zakochany?... Bój się Boga, człowieku, i ty śmiesz walczyć z tłumem!?... A znasz ty ten wyraz niesmaku u kobiety, co cię wczoraj jeszcze kochała? Kobieta pokocha łotra, lichwiarza, handlarza żywym towarem, szpiega. — Ale nie było jeszcze kobiety, która by umiała zachować miłość dla człowieka ośmieszonego przez tłum!... A wiesz ty, ile jadu jest w udanym zainteresowaniu życzliwych? A wiesz ty, jaką wściekłość wzbudza współczucie głupich? A znasz ty niemoc dumnych? A znasz ty niezaradność choć trochę szlachetniej­szych natur?... Chcesz rozumieć oszołomionej wiewiórki bez­wład? Chcesz poznać potęgę wężowego spojrzenia najbrutalniejszego łotra, gdy się czuje w posiadaniu twej tajemnicy? Ale jakiej? Jakiej? Ty nie masz tajemnic! Wiesz, jakim ka­łem obrzucić cię pragną wokół? Już słyszysz! — Już czu­jesz! Już tę hydrę za łeb chwytasz! A jednak — nie! Nic nie wiesz, nie masz nic prócz smutku i przygnębienia twoich najbliższych. „Co tobie? — pytają. — Co tobie!?...”. Pochwy­cisz pierwszego szakala z brzegu za bary i krzykniesz mu: „Człowieku, ja prawdy, tylko prawdy w życiu chciałem!”. Pry­śnie ci śmiechem w twarz: „Wariat!”. Naokół widzisz tylko oczy! — Oczy! Oczy! — I na piersi spada ci ciężar: czujesz się winny zbrodni.

Taka jest potęga motłochu. — Ha, ha, ha!

Ten śmiech mrozem przebiegł Zośce po krzyżach. Pod­biegła i przytuliła się do męża.

— Właduś, przestań... Boję się.

— Idź precz! — wołał jak opętany i odtrącił ją od sie­bie. A potem powracając do swej wizji: