— Proroku z prowincji polskiej, stój! Twój człowiek do ciebie mówi: w każdym proroku jest i musi być trochę aktora. Czy ty nie wiesz, że tam, gdzie nie ma publicznego życia, gdzie „młynek na strudze miele plewy swoje i cudze”, tam gazeta poranna przynosi ludziom szemat myśli na cały dzień? Że tam spiritus flat ubi reporter vult38? Że tam człowiek, który ma coś do powiedzenia, czego szemat ten nie ogarnie, nazywa się chaotycznym umysłem? Że ledwo usta otworzył, już się w oczach ludzi śmiesznością okrył, a ledwo je zamknął, już się maniakiem dla nich stał? Że już mu cza­peczkę z dzwonkami na czoło wcisnęli? Widzisz, o tej cza­peczce z dzwonkami zapomnieli Ibsenowie. A to jest rzecz bardzo ważna, bardzo współczesna! Dla tego drobiazgu, pro­roków nawet w powiecie być nie może, nawet tych skrom­nych, co to chcą czystej wody w studniach i czystych rąk przy publicznych sprawach. Każdy, każdy bez wyjątku cza­peczkę dostanie! Czy ty masz dość mocne nerwy, Samsonie, wobec wojska podejrzeń? Wobec ciżby złej woli? Wobec tłumu ciekawości? Jak mucha w pajęczynie, owikłasz tylko, oplączesz i zamotasz ducha swego nienawiścią... A znasz ty proroku, szpitalne cele puste? A znasz ty, tę w samotności aż do bezkresów rozrosłą nienawiść, która w rozbolałej du­szy już się nie mieści? O, bo do nienawiści tłumu trzeba potęgi ducha!... Więc się rzucasz opętany szałem nienawiści: chcesz kąsać, szarpać, dusić... Ale ściany wybite już matera­cem, a w pokoju nie ma nic więcej prócz siennika. Ujrzysz może jeszcze tylko w małym otworze drzwi parę wydłużo­nych kretyńskim uśmiechem oczu dozorcy.

Ha, ha, ha! — proroku...

Zochna stała wsparta o framugę drzwi; oczy rozszerzyły jej się i zwilgotniały; źrenice pogłębiły się, blada była na twarzy: wciągnął ją w wir chaotycznych swych myśli. Bez­wiednie grała już z nim razem! — grała niemo, trwożnym biciem serca.

— Nie trzeba się było dać, Właduś! — próbowała do­rzucić swoje i rumieńce wytrysły jej w jednej chwili na po­liczki. — Mężczyzna nie da się! — zawołała, prężąc się dumnie, wyrosła, spotężniała w jednej chwili. — Mężczyzna zdepcze, zabije bodajby nawet tłum!...

Rzucił na nią zdziwione, przelotne spojrzenie i ocenił natychmiast zarówno siłę ekspresji i metaliczny, szczery dźwięk tego kobiecego wybuchu.

— Dobrze zrobione — rzekł mimo woli.

Niebawem powrócił jednak do swoich myśli.

— A było takich proroków po wszystkich guberniach tylu! — Tylu! — Tylu! — Osunął się na kanapę, rozkrzyżował ramiona na jej oparciu i z pochmurnym uporem zapa­trzył się gdzieś w pułap.

— A jednak — westchnął po chwili ciężko — pójdź do mnie, tłumie, abym cię umiłował.

— Nie, Władek!...