— Zlituj się, Zochna, przecież ja o nim tylko marzę, przed nim korzę się w myślach.

— Właduś, nie! Nie, nie! — wołała, tuląc się do niego w bezwiednym, instynktowym strachu. Usłyszał, wyczuł to kołaczące się serce ptaka i zdjęła go litość wielka. Posadził ją sobie na kolanach i głaskał obie jej dłonie.

— Pamiętasz, coś mówiła przed chwilą?

— Co, Właduchna?

— Zdepcz, powiedziałaś.

— Ty tego nie uczynisz.

— Wierzysz mi?

— Kocham.

— Nie płacz, nie płacz, Zocha... Wiesz, dlaczego — py­tał, ocierając jej palcem łzy spod oczu — wiesz, dlaczego nasze życie jest takie smutne? Takie bardzo smutne?

Uniosła mu się w ramionach jak dziecko, popatrzała uważnie, pilnie i po chwili potrząsnęła bezradnie głową.