— Nie wiem — szepnęła.

— Pokazać ci raz jeszcze ten ziejący śmiechem potwór?

Zochna zaczęła dygotać na całym ciele.

— O, ty możesz mnie i bez tego swymi urojeniami na śmierć zamęczyć. Ja słaba jestem, coraz słabsza. Nie widzisz tego, Właduś?... Pamiętasz, jaka dawniej byłam?... Patrz, jakam ja chuda!...

Powiódł dłonią po czole, jakby siłą nawracając myśl w stronę, dokąd ona ją ciągnęła. Ujął żonę za ramiona, od­sunął nieco od siebie i przypatrywał jej się długo, badawczo.

— Zbrzydłam?

Nic nie odpowiedział, tylko nachmurzył się jeszcze bardziej.

— Nie! — szarpnęła się kapryśnie i zatargała go za czuprynę. — Ty nie myśl, Włada, żebym ja znowuż tak schu­dła. Piersi mam jeszcze...

— Ach ty! — zamknął jej usta mocnym, długim poca­łunkiem. — Przecież ty chyba nie wątpisz, że ja nie za to tylko?... Zlituj się, Zocha!...

Potakiwała pośpiesznie głową, przeważnie na to tylko, aby ukryć łzy tryskające do oczu.