— No więc?... I czemu znów płaczesz?

— Sama nie wiem, Właduś... Nie gniewaj się...

Pochwyciła jego rękę i przycisnęła przelotnie do ust.

— Coraz słabsza jestem. Czasem całymi dniami tylko bym płakała.

Borowski schwycił garściami pęki swych włosów na ciemieniu i targnął je z całych sił.

I stał się pieczołowity, spokojny, dobry dla niej.

— Poczekaj, położę cię tu na kanapie, okryję... Albo wiesz, do łóżka już cię ułożę. Gorączkę masz, biedactwo?... Zochuta moja!... Co to za aktorka z niej by była! Jak to ona bić i zabić tłumy nakazywała!... Duszo ty moja skrzypcowa! Spać już... Spa-ać... „Aa! — koty dwa, szare bure obydwa...”.

Zochna wyprostowała się nagle żwawo, senność strze­pnęła ręką z czoła.

— A chciałbyś?...

— Nie chciałbyś — odparł jej kwaśno, domyślając się pytania. — Ja mam Zochę i mnie to wystarcza. Teraz za­niosę do kołyski. Hop! — Zimno w nożyny? Dajże tu je­dną — w kułak schowamy.