Po drodze, gdy ją w czoło całował, przymykając mimo woli oczy, rzekł nagle złamanym, bezsilnym głosem:
— Wiesz, Zocha, com ja w tej chwili ujrzał?
— Co, Właduś?
— Ach — szarpnął się — i to twoje bezdennie naiwnie zaufanie. „Co, Właduś?” — przedrzeźniał jej spokój. — Ujrzałem tego potwora, ziejącego śmiechem, i zdawało mi się, że ciebie w tej oto chwili wprost z ramion jemu w paszczę...
Rozpacznym ruchem ramion oplotła go w jednej chwili jak powój. „Trzymaj mnie!” — chciała, zda się, krzyknąć. Pochwycił, utulił, przygarnął...
— Litości! Zmiłowania! — wyszeptały jedne usta wspólną myśl...
Leżał na wznak. Światło czerwonej ampli u sufitu sączyło ckliwą, duszną, jakby wonią miękkich perfum przesyconą mgłę. Rozsnuwały się w niej leniwie i grzęzły długie, kręte taśmy dymu od papierosa. I zdawało się Borowskiemu że te sine taśmy oplatają go siecią pajęczą, obezwładniają powoli i przykuwają do kanapy. Na tyle głowy, tam gdzie się nią o poduszkę wspierał, czuł mocne, lecz coraz to powolniejsze uderzenia pulsu. Oczy błądziły po suficie, patrząc jakby w przyczajone gdzieś w kącie olbrzymie cielsko kosmatego pająka, co kolczastymi łapami grzebie, snuje i przędzie swe jadowite nici...
Miękkie uczucie bezwładu zatapiało myśli w bezgraniczną bierność, kołysało wszystkie zmysły w rytmikę nieuchwytną, senną, coraz to łagodniejszą; zasnuwały się pajęcze nici, kłębiły różowe mgły... Słodka, lepka, haszyszowa woń rozchylała usta w leniwej niemocy; roztapiały się niemal członki.
„Sen?”... „Śmierć?”...