Słuchał... Poza oknem turkot zwykły; ciągły, bezustanny; toczą się fale życia, szumią i pędzą, pędzą w dal... I nagle ta dziwna chwila wieczora, kiedy w łoskot i pogwary uliczne spada nagła cisza niby czarny ptak.
Borowski drgnął i otworzył szeroko oczy.
Tam na ciemnej toni skrzy się niespokojnie mrowie gwiazd. A cisza krzepnie, ciężarem wali się na piersi, skrzypi w uszach jak miliony drobnych nocnych świerszczy po łąkach.
Pajęczyna tuż przed oczyma staje się połyskliwa, złota, wonna. Bije ten zapach...
— Zapleć włosy, Zochna! Zapleć... I nie patrz tak!... Idź, zostaw mnie. Idź, otwórz okno... Posłuchaj — majaczył na pół senny. — W takie kryształowe noce, gdy cisza znienacka opada, słychać czasem... Nie widać, tego nigdy nie widać! Głosu po nocy nigdy nie wydadzą... Ale z góry, spod gwiazd, łopotanie skrzydeł czasami ucho pochwyci... Żurawie ciągną... Wiosna!
Przegięła się leniwie w tył — upinała włosy. Po czym powstała cicho i odeszła jak cień.
— Zgaś to światło!
Drgnęła. I ją jakby przestraszyło w tej chwili to czerwone, ckliwe światło. Gorączkowym, niechętnym ruchem ściągnęła na dół amplę i zgasiła ją czym prędzej.
Otworzyła okno. Borowski, nie oglądając się, czuje, jak stoi tam biała we framudze okna i w obnażonych ramionach ukrywa twarz. Po chwili spytał sennym, znużonym głosem:
— Płaczesz?...