Milczy, nie chce odpowiadać.
— Zocha? — szepnął po raz drugi.
— Toś ty!... Ty! Ze mnie taką uczynił!...
I zerwało się w jej drobnych piersiach serdeczne, bezradne łkanie...
Zochna stała wciąż jeszcze przy oknie i tłumiła z wysiłkiem płacz. Mąż zaciął się w pochmurnym zapamiętaniu; nie mówiąc ani słowa, przygotowywał się do wyjścia. Wdział już palto i rękawem czyścił kapelusz, gdy ona wydała cichy okrzyk i cofnęła się czym prędzej w głąb pokoju. Borowskiego i to nie wyprowadziło z równowagi; zbliżył się powoli do okna i wychylił się na ulicę.
— Dureń! — mruknął przez zęby. — A ty ubierz się lub idź do łóżka, bo się zaziębisz!... Powiedz no mi, czemu ten Kunicki woli tam pod oknami marcować, zamiast tu do nas na górę przyjść? Oj, ci doktrynerzy!... Jakież te ich uczucia i afekty są nieszczere, podziemne. Brr!... On ci pewno broszurki i tendencyjne powieści przysyła. Co?
— Daj mu pokój — szepnęła cicho.
— Pro-oszę! Rozrzewnił?...
— Dawniej bardzo go lubiłam. Brak mi go było po prostu. Miał taki spokój, taką dobroć bezinteresowną... O, i my kobiety potrzebujemy czasem przyjaźni, tylko przyjaźni! Ale wy mężczyźni tego nigdy nie zrozumiecie.