— zanucił na poczekaniu kuplet, ze złośliwym śmiechem odbi­jając każdą zgłoskę.

Ale żony nie było już w pokoju.


O piętro niżej spotkał się oko w oko z Jelskym.

Da ist er ja41! — ucieszył się przebiegle Jelsky, rad niby, że nie potrzebuje się fatygować o piętro wyżej. — Jak się masz, Borowski — wołał, podając mu rękę szeroko, po burszowsku, z niemiecką dobrodusznością.

„Będziemy pili!” — pomyślał nie bez zadowolenia Bo­rowski, który w mowie ludzkich gestów czytał jak w otwar­tej księdze. „Od niego bije zawsze glans, jak od oficerskiego buta” — dodał w duchu na widok starannej toalety Jelsky’ego oraz jego cylindra. Tego stroju głowy Borowski nie znosił, uważając cylinder za „złe copcysko42”. — Przed tygodniem wypili obaj z Jelskym na braterstwo, toteż fraternię akcentowali teraz usilnie, dodając do każdego „ty” nazwisko.

— O wilku mowa, a wilk tuż — witał go Borowski głośno. — Przed chwilą mówiłem o opinii publicznej.

— Opinia wzywa cię do swego warsztatu. Kawiarnia — nasz stół... Będzie, uważasz, mecenas: można liczyć reńskie, burgundzkie, sekt krajowy; — oraz młoda wasza, polska sława... Etranżerek43, młodziuchny autor dramatyczny... kalkuluję szam­pan. Idziesz?

Borowski zwiesił wargę.

— Autorkowie dramatyczni mnie dotychczas szukali.