— O, on prosił cię, bardzo prosił, chciał poznać — łagodził Jelsky. Ujął go pod ramię i wyprowadził na ulicę. — Cuda o twojej grze tam w kraju opowiadał.
Gdy skręcił w boczną ulicę, spostrzegł po drugiej stronie Kunickiego. Nastawiał kołnierz i starał się obejść ich kołem jak dzik.
— Szacunek doktorowi!...
Skrzywił się i powitał ich niechętnie.
— Opowiadają sobie ludzie, że doktor przenosi się stąd, wyjeżdża do Szwajcarii? — rozpytywał Jelsky. — Tegom nie przewidział44 — zaśmiał się, nie dając mu dojść do słowa. — Przeszkody wprawdzie nie przeskoczył, ale się pod nią podkopie i wygrzebie się przecież na prawowitą drogę rozsądku i kariery.
— Pańska złośliwość zaimponowała mi raz tylko w życiu, w dodatku po ciężkim winie — odciął się cierpko Kunicki. — Co porabia Müller? — zwrócił się do Borowskiego.
— Pluje krwią, pije i pisze.
— Bajeczną, potężną rzecz — dorzucił Jelsky z naciskiem.
— Wiem. I dlatego robię wszystko, aby przedłużyć to krótkie życie, póki się da.
Borowskiemu rozpromieniła się twarz.