— Co takiego? — zainteresował się Jelsky.

— Ot, cały ten smutek życia! Może on jest konieczny? Może ten jest potężny, kto go hojną dłonią sieje? Może z tych właśnie nasion wyrastają najszlachetniejsze kwiaty?

„Inaczej to brzmi niż wówczas na przedmieściu” — po­myślał Borowski i nie czuł już do niego ani cienia niechęci. Miękkie, szerokie jego wargi wyrażały w tej chwili tkliwe, kobiece prawie, współczucie.

— Chodź pan z nami! — krzyknął, chwytając go odruchowo pod ramię. I wraz z tym dotknięciem wyczuł instynktem aktora, że tego człowieka smutek wtrącił w jakąś niezmierną bierność, że gotów iść wszędzie, robić, co mu każą.

— Mogę — odparł. — Ja już od dwóch tygodni nie pracuję wcale i po mieście się wałęsam.

— Chodź pan do kawiarni. Pójdziemy potem gromadą na Yvettę.

— A któż to jest Yvetta?

— Jak to, nie wiesz doktor? Szansona46 — bycza! Yvetta Gilbert.

— Ach! Tynglówka47?

— Fenomenalna, nadzwyczajna, boska! — entuzjazmował się Jelsky. — Księżna cynizmu współczesnego! Pani ostrych zgrzytów!... Wiecie, jej cynizm pada podobno, bryzga, chlapie wprost w gęby słuchaczów i widzów — a ona czysta zostaje. Czysta, dumna, karząca — jak sztuka. Cela veut dire quelque chose48 — co?... Rękawice nosi aż po pachy — czarne, okropnie czarne i połyskliwe.