— Nie, ona jest najczęściej kałużą — tylko nasze myśli i uczucia dla niej.
— I to jest niezłe — notował w myślach Jelsky.
Tramwaje elektryczne śmigały po asfalcie z suchym pluskiem, w równych rzutach, jak łodzie parowe po zaskrzepłej powierzchni stawu. Dzwonki grały. Powozy biegły lekko i równo; miarowy grzechot kopyt końskich wybijał się ponad krótkie okrzyki, dzwonki, świstki, gwar i huk tłumu. Kiedy niekiedy zadudniła głucho trąbka i z niecierpliwym warczeniem potwornego żuka przeleciał jak strzała dygoczący automobil.
Z ciężkiej machiny omnibusu wywinął się chłopak w dżokejskiej czapce, stosem gazet jak chorągiewką mignął i wrzasnął:
— Katastrofa w Nowym Yorku!... Zamach anarchistów!
I tym wołaniem jakby echo zewsząd zbudził. Wzdłuż i w poprzek ulicy rozbiegła się krzykliwa banda kamlotów53.
— Katastrofa w Nowym Yorku!...
Skłębił się, zwichrzył, poplątał tłum na trotuarach.
Porywał ten gorączkowy wir, ten kierat pełny zgiełku, krzyku i tumultu; krew żywiej krążyć poczynała, ruchy stawały się w tłumie giętkie, elastyczne. Czaiły się zmysły. — Muzyka w sąsiedniej kawiarni grała coś z Carmen.
„To-re-ador! To-re-ador!” — brzęczało w uszach jak natrętna mucha.