— Katastrofa w Nowym Yorku!... Straszna katastrofa!...
Ponad rynsztokiem posuwał się zgarbiony, ogromnie obojętny i głuchy na wszystko starzec: — szukał w ścisku odpadków od cygar.
— Patrzcie — wołał Kunicki — oto jest człowiek w mieście, który dziełem swoim żyje.
— Dobry! — aprobował krótko Jelsky i rzucił starcowi dymiący jeszcze ogarek.
Kupili gazetę. Kunicki wetknął w nią nos na długo, Jelsky przebiegł ją oczyma i oddał Borowskiemu, ten spojrzał od niechcenia i oddał któremuś z przechodniów.
— Słuchaj, Jelsky, czy ten nasz autor dramatyczny... czy on mnie widział w Kupcu weneckim?
— Widział. Tam się dopiero kotłować musi w New Yorku!
— A w Pietro Caruso?
— Widział, wszystko widział. Chciałbyś, Borowski, być kiedyś świadkiem czegoś social-protechnicznego?
— A co mnie te hece! A w Ryszardzie?