Ktoś im się ustawicznie w drodze nawijał. Przed oczyma przesuwał się jak mewa wielki, biały kapelusz, rzu­cała się natrętnie w oczy fioletowa spódnica pod jasną suknią, buchały niemal czadem duszne perfumy.

— Idź, duszo, precz, idź!...

Wskoczyli do kawiarni.

Wionęło na nich parnym oddechem tłumu i zadudniło w uszach od pogwarów ludzkich. Jelsky’emu i Kunickiemu zapotniały w jednej chwili binokle. Borowski rozglądał się niecierpliwie w toni światła i ostrych refleksów od złoco­nych ram, kryształowych żyrandoli, purpurowych kanap i jaskrawych fresków.

Tuż za nimi, wskoczył kamlot, wysadził się na środek i okrzyknął jak herold:

Exstrablatt54!... Najnowsze depesze z katastrofy!... Dwieście osób zabitych i rannych... Teatr wysadzony w powietrze! Exstrablatt!

A muzyka grała:

— To-re-ador! To-re-ador!

Borowskiemu rozszerzała się pierś, wyrywał się z niej wielki okrzyk radości:

Życie! życie!...