Skłaniając głowę przed obcymi twarzami, mruknął kil­kakrotnie swe nazwisko. Kilkanaście par oczu patrzało na niego; podniecało to Borowskiego ostatecznie; a że czuł się w pierwszej chwili nieco zażenowany, zrobił więc nonszalancję. Rzucił się w głąb kanapy pod ścianą i, nie zdejmu­jąc kapelusza, zsunął go na tył głowy.

— Co się pije? — spytał.

Nikt mu nie odpowiedział, wszyscy rozprawiali krzykli­wie o zamachu w New Yorku.

— Co słychać w kraju? — zwrócił się tedy po polsku do pana w długim tużurku, nader obfitym krawacie, jasnych kamaszach i w cylindrze na głowie. „Inaczej — myślał — nie może przecież wyglądać młody autor dramatyczny”. — Co słychać u nas? Pan dawno?...

— W kraju?... Młodzi poeci piszą nowe wiersze, starzy krytycy pieszczą się starymi wierszami. Tyle w ruchu społecznym. Pan X. w „Dzwonku codziennym” przepisał artykuł z „Presse”, zaś pan Y w „Dzwonie tygodniowym” rozprawkę z „Contemporary Review”, czym ożywili ruch umysłowy na cały tydzień. Zresztą tygodniki zjawiają się co tydzień, co ty­dzień bywa „czarna kawa” i co tydzień „herbata”; to wszystko uśpiłoby ruch umysłowy beznadziejnie, gdyby go nie orze­źwiały poniekąd pojedynki, przytrafiające się co tydzień. Prze­lewa się to jak piasek w klepsydrze z niezmierną dokładno­ścią 52 razy do roku.

„Aha — myślał śmiejąc się Borowski — takiś ty nu­mer!”

— A pan skąd obecnie, jeśli spytać wolno?

— Jaa?... Z Paryża.

— Pisał pan co?