Zewnętrzne życie uniwersyteckie w Ameryce cechuje niefrasobliwość, zapał do burszowskich psot, do figlów, do uciech wszelakich, no i nade wszystko do sportów, do sportów. Władze naukowe pobłażają temu zapałowi, może nie bez racji wolą ten nadmiar swawoli, nadmiar ochoty do balów, do zawodów, od „weltschmerzu138”, od przedwczesnego zatruwania młodych umysłów ponurymi problematami życia powszedniego.
Uniwersytet amerykański idzie za tradycjami angielskiego Cambrigde, angielskiego Oxfordu. Pojedynek dwu ekip piłki nożnej, pojedynek między uniwersytetami Harvard i Yale toć ewenement nad ewenementami, toć sto tysięcy publiczności na galeriach stadionu, zakłady, świetlne telegramy na ulicach, podniecenie, dla całych Stanów Zjednoczonych dzień pamiętny...
I uniwersytety amerykańskie hodują w tym celu jakby nowoczesnych gladiatorów, utrzymują drabów-studentów, których nie tylko uwalniają od opłat, ale którym płacą, bogate zapewniają oprawy, a którym w ostatku po latach pracy nad rozsławieniem sportowej dzielności danej gromady uniwersyteckiej, za rozbite nosy, połamane obojczyki i żebra wysupłują jakiś początkowy stopień bakałarza sztuki, będącej w gruncie jedynie sztuką podbijania piłki palantem lub czubkiem buta.
Nie przynosi to zaszczytu uniwersytetowi Harvard ani uniwersytetowi Yale, ale jest to już przymusowy nieobyczaj, jest to kwestia reklamy, przynęty. Dziecko skłania się do nauki niekiedy cukierkiem, a młodzieńca bierze się na sport.
Charakterystycznym rysem całego życia uniwersyteckiego w Ameryce, co jeszcze raz należy podkreślić, jest radość, jest szczęśliwość.
Czasy uniwersyteckie toć najmilsze wspomnienia, toć prawdziwa wiosna, pogoda serc i umysłów, nawet przy walce o kawałek chleba. Może za wiele nawet dziecięcych dźwięków w kaskadach śmiechu rozbrzmiewających po „campusach”, ale kto wie, czyli139 dla społeczeństwa nie więcej stąd zdrowia, nie więcej energii, nie więcej siły.
Wykształcenie w Stanach Zjednoczonych jest rzeczą kosztowną. Kto się chce uczyć, musi albo mieć pieniądze, albo musi pracować na zdobycie tych pieniędzy.
Wykształcenie w Ameryce nie jest żadną filantropią, nie jest żadnym obowiązkiem obywatelskim w stosunku do młodzieży.
Stany Zjednoczone dają bezpłatnie szkołę elementarną, tę przeciętną, tę dla tłumu — dają bezpłatnie szkołę średnią, również tylko tę przeciętną, dają bezpłatnie szkoły rzemieślnicze, a nawet w tych szkołach płacą wychowańcom za fatygę uczenia się, ale poza tym na wszystkich wyższych szczeblach żądają pieniędzy, niekiedy bardzo wysokich, bardzo ciężkich.
Stypendiów uniwersytety amerykańskie mają liczbę znaczną, ale nie dla biednych studentów, nie dla ogłodzonych studentów, ale dla wyjątkowo zdolnych. Stypendium w Ameryce nie jest zapomogą dla ubogiego młodziana, lecz nagrodą dla zdolnego, dla pracowitego, choćby syna bogaczów.