Taki oto „Atlantic-Pacific” kpi sobie ze wszystkich amerykańskich cen rynkowych, nic go nie obchodzi, czy na pobliskim targu ziemniaki poszły w górę, czyli155 mąka spadła w cenie, czyli cukier podrożał. „Atlantic-Pacific” nie zna pośredników, idzie wprost z pola do konsumenta. Bije, rujnuje, niszczy drobnych sklepikarzy, bogatych skazuje na suchotniczy żywot, jeno156 wyjątkowo zdolnym pozwala przetrzymać zabójczą konkurencję.

„Atlantic-Pacific” zyski swoje redukuje niekiedy do jednego centa na przedmiocie. „Atlantic-Pacific” pracuje w tysiącu naraz sklepach, zagarnia miliony, miliony zarabia z godziny na godzinę, kontroluje rynek amerykański, wydaje mu rozkazy, rządzi, włada, ma go za swego pachołka.

Każdy nowy skład „Atlantic-Pacific” to wyrok śmierci, to zbliżanie się zagłady, to ruina dziesiątków rodzin... Toć dla sklepikarza jedyna jeszcze nadzieja dawanie „na borg157”, spodziewanie, że nędza wyżywi go lichwą.

Handel tytoniem w Stanach Zjednoczonych nazywa się albo „Schulte Retail Stores” albo „United Cigar Stores” i znów od Pacyfiku do Atlantyku, od Kanady do Rio Grande w każdym miasteczku, w każdym osiedlu łańcuchowe sklepy tych dwu firm zezujących ku sobie. One decydują o powodzeniu takich i takich gatunków, one swymi cenami obrzydzają wszelkim innym wysiłkom tytoniowe rachuby.

Niekiedy między fabrykantami wybucha bijatyka, niekiedy nawet tak potężna firma jak magazyny Macy w Nowym Jorku biorą się za czuby z magazynami Gimbla i rozpoczynają bodaj papierosową chryję. Oto taki Macy, aby Gimblowi dokuczyć za obniżenie cen na jedwabiach, ogłasza naraz, że pudełko paczek słynnych „Camel” będzie sprzedawał tego i tego dnia po sześćdziesiąt pięć centów, czyli poniżej ceny fabrycznej! Gimbel w tej chwili reklamuje, że taka sama ilość „Camel” u niego jest warta tylko sześćdziesiąt centów. Licytacja in minus idzie z zawrotną szybkością. Po pięciu dniach robi się awantura. Municypalność deleguje pięciuset policjantów, aby tłumy pędzące po te tak niesłychanie tanie papierosy utrzymać w jakiej takiej karności... Macy traci na „Camelach” tysiące, ale równocześnie czekającym w ogonkach wyprzedaje mnóstwo wszelakich fatałaszków, stratę na papierosach ratuje rękawiczkami, krawatami, płótnem i różnymi wycinanymi zeń kombinacjami...

Systemu łańcuchowego trzymają się nawet „departamentowe” składy, czyli te przepastne magazyny, tworzące amerykańskie arki Noego wszelkich artykułów zbytku czy też codziennej potrzeby. I one mają rozrzucone swe filie, swe agencje, swe „chain stores”.

Choćby słynny „Montgomery Ward” i konkurujący z nim chicagowski „Sears Roebuck”, którzy całą niemal ogarniają Amerykę, a którzy zabiegliwością158 kupiecką biją wszystkie możliwe rekordy. Taki „Montgomery”, taki „Sears Roebuck” na jedno skinienie wyprawiają bezpłatnie księgi ilustrowane liczące do tysiąca stron druku, na jedno skinienie klienta ślą wszystko, począwszy od kolii pereł i samochodu aż do młocarni, aż do pudełka wykałaczek. I zawsze gotowe do przyjęcia z powrotem towaru, zawsze gotowe do zamiany, i zawsze gotowe do zwrotu pieniędzy, i zawsze łomocząc cenami wszystkie handle amerykańskie razem wzięte.

Mocniejszym łańcuchem są bodaj tak zwane sklepy dziesięciocentowe, sklepy, w których każdy przedmiot kosztuje dziesięć centów, a które słyną wprost z niesłychanych „okazji”.

Genialny twórca tych sklepów, jakim był Woolworth, a za nim jego współpracownik Kresge, pokryli całe Stany Zjednoczone siecią tych jedynych w swoim rodzaju sklepów. Roi się w nich od świtu do nocy, czasami ani się do nich docisnąć, ani dotrzeć, ile że krom159 przedziwnego doboru najpraktyczniejszych przedmiotów mnóstwo rzeczy za bezcen... Są to z reguły resztki jakowychś przymusowych likwidacji, szczątki bankructw, trociny po komorniku, sprzedawane ze stratą, sprzedawane na przynętę.

Ale system łańcuchowy idzie dalej, sięga jeszcze głębiej. Taki sławetny Hearst, właściciel kilkudziesięciu czasopism amerykańskich, ma już łańcuchowych dziennikarzy, ma takiego Brisbine’a, którego artykuliki ukazują się codziennie we wszystkich wydawnictwach Hearsta, ma felietonistów standaryzowanych, ma ilustratorów...