W ten sposób kilkunastu ludzi odbiera chleb powszedni setkom swoich uboższych czy mniej zdolnych, czy mniej protegowanych kolegów.

Nawet humorystyka, nawet karykatura amerykańska jest w ten sam sposób złańcuchowana. Owi słynni w Ameryce „kartoniści”, a więc rysownicy humorystycznych historii, opowiadający na modłę niemiecką całymi latami kłopoty jakiegoś dorobkiewicza, przygody pustogłowej daktylografki czy psie figle dwu dzieciaków, toć jeno160 dostarczyciele towaru do odpowiednich agencji, które znów systemem łańcuchowym cały szereg obejmują wydawnictw. Ten sam koncept Manusa, ten sam dowcip setki powtarza się razy.

A cóż dopiero mówić o handlu łańcuchowym takich produktów jak benzyna do samochodów, czyli tak zwana w Ameryce gazolina.

Toć już cała monarchia, całe państwo, mające za głowę Rockefellera, którego niehumor, zmarszczenie brwi może zrujnować dziesiątki tysięcy ludzi, a którego uśmiech dobrotliwy zdolny jest skłonić całą społeczność do przymusowej filantropii...

Taki Rockefeller, który, co trzeba przyznać, sypie milionami dolarów na wsze strony, na różnorodną humanitarność, umyślił sobie znów rzucić na szalę dobra publicznego kilkadziesiąt worków złota. Jednak nawet skarby Rockefellera, nawet jego zachcianki mają swe granice... Od czegóż przecież siła organizacyjna!...

Sto milionów na filantropię rusza z miejsca, a obocześnie cena gazoliny idzie w górę o jednego centa na galonie, o dziesiątkę na garncu. Po kilku miesiącach sto milionów wraca z powrotem do kasy Rockefellera... i cena gazoliny wraca do poprzedniej skali.

Poza systemem łańcuchowym handel amerykański posługuje się w bardzo wielkim stopniu tak zwanym z angielska „pedlarstwem”, czyli domokrążcami.

To, co w pewnych krajach kupiec, nawykły do leniwego wyglądania za ladą sklepową przybycia klienta, rad jest uważać za nadużycie, za przestępstwo, za wkraczanie w jego drogo opłacane przywileje — to kupiec amerykański poczytuje dla siebie samego za jeden z najpewniejszych sposobów zdobywania klientów.

Nie ma w Ameryce większego składu, nie ma producenta, nie ma księgarni, nie ma czasopisma nawet, które by nie miało całej sfery rozstawionych symetrycznie na danym terenie agentów, komiwojażerów, domokrążców chadzających, jeżdżących wytrwale i ciągle tymi samymi drogami, tymi samymi ścieżkami, od domu do domu, od kolonisty do kolonisty, z piętra na piętro i proponujący po sto razy też same zaprawy do podłóg, też same żelazka elektryczne, też same serwety, też same dywany, też same ścierki, też same świece, też same kołdry, też same maszyny, też same artykuły.

Wazon czy książka, miesięcznik obrazkowy, naukowy przegląd czy encyklopedia nie poprzestaje na ogłoszeniach, nie zadowala się rozsyłaniem katalogów, wyprawianiem tysięcy listów, musi jeszcze mieć swoich domokrążców — domokrążców odpowiednio wykształconych, nie pyskaczy, nie natrętów, nie chodzików, lecz kupców uzdolnionych do demonstrowania artykułów, do budzenia chęci zakupna, do zaciekawiania, do kuszenia, do sprzedawania wreszcie.