Kupiec amerykański słusznie rozumuje, że ten klient, którego domokrążca zdobędzie, że ten klient samorzutnie doń się nie zgłosi, że błędnym jest mniemanie, jakoby domokrąstwo krzywdę wyrządzało składom towarów.
Domokrążcy są w Ameryce głównymi sprężynami sprzedaży na raty, są jej pionierami i są z reguły niezawodnymi budzicielami pożądania nabywczego. Nie odbierają składom klientów, lecz raczej ich ściągają, kaptują, namawiają, do tych składów powoli przekonywują.
Z tego wynika, że gdy domokrąstwo w innych krajach bywa pierwszym stopniem budzącego się zmysłu kupieckiego, dziedziną uprawianą przez biedactwo, formą nieco złagodzonej żebraniny, pozorem do wyłudzania pieniędzy, w Ameryce jest ono jedną z bardzo ważnych sprężyn, jednym z niezawodnych sposobów wzmożenia obrotów.
Sztuka reklamy trwa ciągle na swych niedosięgłych w pomysłach, w artyzmie, w humorze niewyczerpanym wyżynach. Sztuka reklamy toć w Ameryce prawie nauka, toć symfonia najprzedziwniejszych splotów znajomości ludzkich upodobań, ludzkich słabostek, ludzkich potrzeb. Wszystko tu wymierzone, psychologicznie wycelowane, uwydatnione. I wszystko to czatuje, poluje, wabi, rozśmiesza, kształci nawet niekiedy, a sprzedaje ciągle i wszędzie.
Reklama działa bez wytchnienia. W dzień i w nocy, w mrowiskach, kędy tłumy wirują i na rozstajnych drogach, na wertepach, kędy życie ludzkie ledwie gdzieniegdzie się kołacze.
Reklama amerykańska pracuje zawsze. W przełomowych chwilach, w odpowiednich dla się momentach huczy mocniej, gorączkowiej wykrzykuje — lecz nie ustaje.
Kupiec amerykański ogłasza się najpierw stale, a oprócz tego ogłasza się i wyjątkowo mocno. Kupiec amerykański ogłasza się tym zawzięciej, im lepiej, im obficiej zarabia. Żaden nie osiada na laurach wprowadzonego, ustalonego produktu czy wyrobu. Ani jeden nie da się skusić fałszywemu rozumowaniu, że jego firma już nie potrzebuje ogłoszenia, że jego firma może już na ogłoszenia mniej wydawać...
Kupiec amerykański zna, docenia niezawodną prawdę, że klientela zmienia się ciągle, że klientela wymiera, rozprasza się, że co dnia zjawiają się ludzie nowi, że tych nowych trzeba ciągle i bez wytchnienia nakłaniać, zachęcać, przekonywać, jako początkowo przekonywało się tych starych, tych wiernych, tych klientów wczorajszych.
Jedne tylko czasopisma amerykańskie w roku 1927 (ostatnie ze znanych obliczeń statystycznych) zebrały za ogłoszenia 725 (siedemset dwadzieścia pięć) milionów dolarów — czyli około sześciu i pół miliarda złotych polskich!
A gdzież miliardy wydawane na ogłoszenia na murach, na domach, na olbrzymich sztalugach, gdzież ogłoszenia świetlne, radiowe, gdzież góry cyrkularzy, listów, gdzież ogłoszenia na wszelakich podrzędnych przedmiotach, gdzież koszty tej stugębnej reklamy amerykańskiej!