W handlu nie ma targów, a więc i nie ma maruderstwa i przykrej gadatliwości. Gotówka, oczywiście, zwycięża, ma swe ustępstwa, ma swe procentowe przywileje.
Kupiectwo amerykańskie cechuje pogodna uprzejmość.
„Keep smile” — wołają do wchodzącego klienta napisy, rozwieszone, rozstawione po całym amerykańskim magazynie.
„Keep smile” — świecą tuż przed oczyma złote litery klientowi pochylonemu nad podpisywaniem w banku jakiegoś cyrografu.
„Keep smile” — więc „zachowaj uśmiech”, więc nie trać równowagi, więc nie bluzgaj żółcią, więc nie dręcz ani samego siebie, ani swych bliźnich, więc zanim pójdziesz między ludzi, wypluj ślinę pesymizmu, nie zatruwaj nią ani siebie, ani innych — świat należy do pogody ducha, do pogody serca!
Owóż ta pogoda ducha i ta pogoda serca jest przewodnią organizacji amerykańskich w ścisłym rozumieniu tego słowa.
Amerykanin sam przez się jest jakby urodzonym do społecznego łączenia się w gromady. Ma w sobie, być może, coś z angielskiego upodobania do życia klubowego, a może również i coś z zamiłowania do germańskiego „vereinerstwa”. W sumie jednak przewyższa bodaj i angielski pierwowzór, i bruderszafckie piwomaństwo, bo tworzy koliska nierównie głębiej sięgające, bardziej symbolizujące potęgę zbiorowości.
Pierwszym takim szczeblem organizacyjnym amerykańskim są stowarzyszenia ochronne, są związki oparte na wzajemności, a mające na celu samoobronę społeczną.
Francuz jest wzorem oszczędności.
Francuz ciuła, zbiera grosiwo na czarną godzinę, przewiduje zbliżającą się niemoc, nadchodzące lata chude, dni szare.