Amerykanin nie chce o tym myśleć, nie chce tym sobie głowy zaprzątać. Oszczędzać nie lubi, a w zamian zmusza samego siebie do zobowiązań, do opłat, do haraczów, w zamian asekuruje się.
I Amerykanin asekuruje się na przeżycie, asekuruje się na wypadek śmierci, choroby, asekuruje od kalectwa, od złodziei, od ognia, od gradu, od trąby powietrznej, asekuruje od nieuczciwego kasjera, asekuruje swój głos, jeżeli jest śpiewakiem, swoje palce, jeżeli jest malarzem, asekuruje nogi, jeżeli jest baletmistrzem, asekuruje i towar w drodze, i majątek swój, i żonę, i dzieci i poczytuje asekurację za deskę zbawienia, za ratunek swych najbliższych od nędzy, za warunek pomyślności, za jedną z najkardynalniejszych potrzeb.
I w tej intencji, aby zmniejszyć koszt opłat, aby nie oddawać zbyt wielkich procentów zarobkowym przedsiębiorstwom asekuracyjnym, tworzy stowarzyszenia oparte na wzajemności.
Idzie tutaj nie o byle cyfry. Pamiętajmy, że w Stanach Zjednoczonych temu lat trzydzieści wszystkich polis asekuracyjnych było około czternastu milionów, opiewających na osiem i pół miliarda dolarów — w roku 1930 takich samych polis było już sto dwadzieścia dwa miliony, a ogólna suma zabezpieczenia wynosiła sto pięć miliardów dolarów!
Według tegoż obliczenia z roku 1930 w Ameryce trzysta sześćdziesiąt dwie osoby były zaasekurowane powyżej jednego miliona dolarów. Jeden tylko znany pan S. Du Pont z Wilmingtonu jest zaasekurowany na siedem milionów dolarów, z czego wynika, że do asekuracji garną się nawet najwięksi bogacze.
Stanowe legislatury, choć w stosunku do organizacji asekuracyjnych dość czujne, nikomu wstrętów nie robią.
Asekuracja należy do działu przedsiębiorstw prywatnych, tak samo jak i telefony, gazownie, tak samo jak i linie telegraficzne.
Owóż przy takim impecie do asekuracji obok przemożnych instytucji zarobkowych wyrastają organizacje, o jakich się gdzie indziej nie śniło.
Jedno jedyne choćby takie stowarzyszenie „Wood Menów”, czyli „Leśnych Ludzi” liczy jeden milion i sto tysięcy zaasekurowanych członków, posiada dla nich nie same polisy, nie same wynagrodzenia, zapomogi, ale i wspaniałe szpitale, i sanatoria, na jakie żadna na świecie kasa chorych zdobyć się nie może.
Obok tych „Wood Menów” działają setki całe mniejszych, ale zawsze zasobnych i dobrze prowadzonych organizacji. Nawet narodowości tak bardzo niesforne jak polska tam, w Ameryce umieją się zwierać w szeregi, zakładać związki asekuracyjne liczące po pięćdziesiąt, po sto, po dwieście i więcej tysięcy członków!