Lecz i w każdym innym kierunku obywatele amerykańscy łączą się ze sobą, tworzą wspierające się nawzajem solidarne grupy uzbrojone do działania.
Począwszy od amerykańskich masonów, miliony liczących w szeregach, a tym do swych imienników europejskich niepodobnych, że wyznają rytuał szkocki, że nie zaprzeczają istnieniu Boga, że są raczej podporą amerykańskiego protestantyzmu, aż do tak młodej organizacji jak słynny wszechświatowy amerykański „Rotary international” wszystko to, co trwa na mocnych fundamentach, działa, pracuje i, co więcej, nigdy nie pomija celu publicznego.
Tu „Elki”, czyli łańcuchowa organizacja „Łosi”, licząca około ośmiuset tysięcy członków i niesłychaną ilość pięknych w rozmaitych miastach budowli — tu znów „Lionsy”, więc po prostu „Lwy” i to razem z „Lwicami” — ówdzie „Kiwanisy” — tu czterysta tysięcy „Zakonu Młodszych Mechaników” — tu sto trzydzieści pięć tysięcy sfederowanych muzykantów, tu jakieś dwieście lub pięćdziesiąt tysięcy ludzi zorganizowanych w myśli prowadzenia odczytów, w myśli samokształcenia, a tuż obok sześćset tysięcy „Orłów” czy dwa miliony jednej tylko jedynej „Gwiazdy Wschodu”, czy czterysta tysięcy tak zwanych „Red Menów”, a więc „Ludzi Czerwonych”, choć na biało działających!
A we wszystkich tych olbrzymich zrzeszeniach silnie rozwinięte poczucie karności i poczucie braterstwa. Dla nowo wstępujących istna szkoła mnożenia społecznego dobra.
Niektóre z tych stowarzyszeń amerykańskich zdołały od dawna sięgnąć poza oceany. Taka organizacja, na przykład, jak „Young Womens Christian Association”, która legitymuje się dwoma tysiącami oddziałów i okręgów, a która liczy sześćkroć sto tysięcy członkiń, operująca budżetem sięgającym dwudziestu siedmiu milionów dolarów, jest przecież tylko młodziutką względnie siostrą starszej i potężniejszej organizacji „Young Mens Christian Association”. Ta ostatnia posiada tysiąc czterysta stowarzyszeń, pięć tysięcy płatnych urzędników, milion sto członków i dwieście trzydzieści milionów majątku zgromadzonego i pracującego na chwałę ideałów chrześcijańskich młodzieży... tak wielkich ideałów, tak olbrzymich, że, na przykład, zarząd niektórych filii chicagowskich sprawują niechrześcijanie, którzy zresztą równie chętnie, jak i chrześcijanie przyjmowani są do tego stowarzyszenia.
Zasługi, choćby te jedne czasu wielkiej wojny, położone przez „Young Mens Christian Association”, są znane wszelkiej onych lat niedoli. Mniej znany w zamian jest szczegół, że delegaci rozdający wspaniałomyślnie mleko skondensowane, zaopatrujący biedotę w mydło, żołnierzy w czekoladę i tytoń, nieskąpiący nikomu pocieszycielskiego słowa, że ci sami delegaci zbierali po zakątkach Europy dane dotyczące handlu, przemysłu, komunikacji, towarów poszukiwanych, szukali informacji niemających bezpośredniego związku z krzewieniem nauki Chrystusa.
W tym razie owi delegaci z całą skrupulatnością szli utartymi ścieżkami amerykańskich konsulatów, szli śladami amerykańskiej komory celnej...
Każdy konsulat amerykański jest głównie i tylko świetnie zbudowaną instytucją przemysłowo-handlową. Konsulat amerykański jedynie w zapadłych kątach musi zabawiać się obowiązkami komisariatu policyjno-emigracyjnego. Jedynie w wyjątkowych razach zajmuje się polityką, natomiast zawsze i wszędzie pracuje dla amerykańskiego handlu, dla amerykańskiego przemysłu. Zbiera informacje, udziela informacji. Komunikuje interesowanym wszystko to, co w jakimkolwiek dziale wytwórczości czy zamiany jest inne, jest niezwykłe, jest nowe, jest w Ameryce nieznane. I konsul amerykański nie jest fabrykantem bibuły, która w tasiemcowych bajaniach napływa do ziewających referentów jakiegoś europejskiego MSZ. Prace konsula amerykańskiego nie służą do wypełniania piwnic niepożyteczną bibułą, lecz idą ciągle od źródeł do źródeł: o chemikach do chemików, o inżynierach do inżynierów, o sklepikarzach do sklepikarzy.
Równie niezwykłą instytucją jest amerykańska komora celna, ów wszechświatowej sławy „Customs House”, który przy sprowadzaniu towarów żąda nie tylko ich opisu, składu chemicznego, sposobu zastosowania, ale wymaga nawet dokładnego wyłuszczenia całej fabrykacji. „Customs House” amerykański musi wiedzieć, jak mianowicie został wykonany ten nowy wzór francuskiej wstążki nadesłany do Nowego Jorku, ile i jakich nitek liczy wszerz, ile i jak wplecionych idzie wzdłuż... I „Customs House” jest w swych zapytaniach niezmordowany, niewyczerpany. Albo trzeba cofnąć towar, albo wyspowiadać się ze swych największych sekretów... Bo amerykańska komora celna czuwa i nad własną produkcją, i tej własnej produkcji stara się przysporzyć twórczego materiału...
Lecz ta mniej chrześcijańska czy bardziej praktyczna strona działania sławnej „Cioci Ymci” nie umniejsza ani jej wpływu, ani jej znaczenia.