Z natury jest ciekawy, skłonny do entuzjazmu, do podziwu, do łatwowierności. Wciśnięty w gromadę, tworzy jeden z najbardziej dziecinnych tłumów, gotowych do wycia, do gwizdania z zachwytu, do porywu dla byle grymasu, dla byle koziołka w powietrzu.

Amerykanin nie jest wybredny w zabawach, jest skłonny do cieszenia się, do radowania. Byle nieco muzyki, byle skrawek wolnej przestrzeni, gotów tańczyć o każdej porze dnia i nocy.

Jakoż tańczy bez ustanku. Nie potrzebuje nawet dancingu, nie szuka specjalnie balu. Idzie na zwykły „lunch”, zwykłe drugie śniadanie do restauracji, schodzi na dół na posiłek do hotelowej kawiarni... Zanim z garsonem się rozmówi, zanim porządek dań wypośrodkuje, już sobie utnie fokstrota. Między zakąskami a zupą pomidorową machnie dwa „one-stepy”, a jak mu zagra tęskliwie rozlewne tango, to z kawałkiem nieprzełkniętej szynki gotów jest zbełtać sobie całkowite trawienie.

Woli tańczyć niż rozmawiać, niż flirtować.

W męskim towarzystwie lubuje się w rozpowiadaniu „dżoków” (joków), a więc dokładnie anegdotek, historyjek trefnych, które godzinami wałkuje i pęka ze śmiechu nawet z tych, które sam po raz setny i tysiączny opowiada.

Czyta mało, wystarcza mu przerzucanie dzienników, chwycenie nowin sportowych lub giełdowych, a w zamian bardzo starannie wertuje humorystyczne pomysły modnych „kartonistów”. Poza tym żyje zapasami nagromadzonymi w uniwersytecie czy tylko w szkole lub szkółce. I tym jedynie różni się od swoich europejskich odpowiedników, że te zapasy miewa uboższe, a dokładniej bardziej specjalne, więc mniej ciekawe dla ludzi odmiennego powołania.

Jest wytrzymały, rozmiłowany w sprawności fizycznej. Kocha się w sportach, ale sportów sam nie uprawia. Kocha je, bo lubi hazard, bo sport zamienia na grę, na zakłady, na wszelkiego rodzaju totalizatory... Bo nawet na higienicznym a statecznym golfie umie się spłukać do nitki.

Amerykanin jest niezawodnie spadkobiercą awanturnictwa, zawadiackiej energii swych przodków, owych pionierów, owych desperatów, owych poszukiwaczy złota, poszukiwaczy chleba. Jest równocześnie produktem klimatycznych warunków, jest człowiekiem zahartowanym na zmiany temperatury, gotowym każdej chwili na burze, na nawałnice, na trąby powietrzne. Dziesięćkroć razy powalony, wytarzany, podcięty, umie zebrać siły, umie podźwignąć się, umie znów stanąć do zapasów z losem.

Takim jest on, takim jest Amerykanin.

Ona, Amerykanka, ród swój wywodzi wprost od owego bajecznego „Kwiatu Prerii”, pod którego hasłem pierwsi osadnicy zażarte staczali boje.