Dzisiaj, choć przestała być osobliwością, przestała być upragnioną zjawą, zachowała przecież cały swój urok, a co najważniejsze, nie straciła żadnego ze swych dawnych przywilejów.

Niegdyś bożyszcze pustkowia, przedmiot homerycznego współzawodnictwa, nawet kiedy musiała wyrzec się proporcji: jedna kobieta na stu, na pięćdziesięciu, na dziewięciu mężczyzn, jeszcze nie pozwoliła sobie odebrać osiągniętych wpływów.

Te wpływy, te przywileje w znacznej mierze przyczyniły się do wyrobienia w Amerykance samodzielności, energii i pewności siebie.

Wczorajszy „Kwiat Prerii” utracił aksamitne puszki swego dawnego sentymentalizmu, jego słodycz zaprawił kapryśny pieprzyk, czar spojrzenia przejęły stalowe błyski bystrości pojęcia.

Wiotki, delikatny, wrażliwy „Kwiat Prerii” dał życie dorodnej, muskularnej, zwinnej istocie o silnie rozwiniętym poczuciu równości i swej wartości społecznej.

Trzeźwe, pozbawione czułostkowości wychowanie ostateczne wycisnęło piętno. Pod znakiem zdrowia docierają do jej młodego umysłu wskazania życiowe, może niekiedy za mocno, za daleko, może ze szkodą dla pewnych wrażeń czy dla pewnych złud.

Amerykanka jest na swój sposób zalotną i po swojemu strojnisią.

Kocha się w jasnych kolorach. Do czarnych czeluści, zadymionych podwórców fabrycznych rada wędrować w białej, jedwabnej spódniczce, z którą nawet w matuzalowych177 latach nie rada się rozstawać.

Osiemdziesięcioletnia lady amerykańska drepce sobie figlarnie w błękitnych pantofelkach i równie błękitnych muślinach. Nie ma umówionych różnic dla wieku i dostojeństwa. Nie ma żałosnych wdów w szare paski, ani uroczystych mam na bordo, ani filuternych wdówek w czarne krążki, nawet pod oczyma.

Mody paryskie słabo w Ameryce oddziałują. Paraduje w nich plutokracja, stosuje się nieco stan średni, lecz wrażeniowo przeważa krój sportowy, zaprawiony pewnym negliżem, skłonnym do wycięć i podkasań, a bijący zawsze świeżością barw i wytwornością materiałów.