„Twarzowo” Amerykanka przedstawia dwa odrębne typy. Pierwszy, będący zresztą w olbrzymiej mniejszości, daje buzie „au naturel178”, według urody różowe czy pożółkłe, wyblakłe czy spalone na słońcu, a sromające179 się najlżejszego śladu pudru. Drugi typ to twarze pokrywane systematycznie i co chwila powłokami wszelkiego rodzaju kosmetyków. Ten typ „smaruje się” równie często i z większą jeszcze zwinnością niż jakikolwiek inny na świecie.

Zresztą należy pamiętać, że w Ameryce wszystkie kobiety bez różnicy wieku i stanu są zawsze „girlsami”. Wyraz bowiem „girl” (dziewczyna) w obyczajowości amerykańskiej oznacza każdą przedstawicielkę płci niekoniecznie słabszej.

Lecz to niezwykłe uogólnienie sięga głębiej, symbolizuje niejako owo, nieistniejące gdzie indziej, zacieranie różnic między „girlsami”. Gdyż nie tylko kolor sukni odmładza co najstarsze nawet pokolenie dam amerykańskich, ale i cała towarzyska i społeczna obyczajowość równie temu sprzyja.

Amerykanka starzeje się albo bardzo późno, albo wcale. Przestaje chętnie z młodzieżą bodaj z dorosłymi swymi dziećmi, każda rozrywka jest dla niej stosowna, broni się jak najzawzięciej przed godnością matrony — „matronami” w ostatku zwykła nazywać olbrzymie baby pełniące obowiązki dozorczyń w więzieniach amerykańskich.

Amerykanka garnie się chętnie do pracy, widząc w niej dla się podstawę niezależności. Szuka zarobkowania nawet wówczas, kiedy warunki materialne do tego jej nie zmuszają, pożąda, jak to nadmieniliśmy, własnego grosza, dokładniej swobodnego nim szafowania. Jest ambitna, gotowa stanąć w szrankach i spierać się z mężczyzną w najtrudniejszym zawodzie. Umie, co więcej, temuż mężczyźnie dotkliwe zadawać ciosy, wydziera mu całe dziedziny pracy, pobiła go już na miazgę jako nauczycielka, jako profesorka, wypędza go z biur, wypędza z fabryk, wypędza z laboratoriów, wypędza z handlu, dociera nawet do polityki, walczy już o mandaty, o naczelne stanowiska.

Amerykanka goni mężczyznę wykształceniem uniwersyteckim, ściga tak zawzięcie, że na przykład w roku 1927/1928, na dziewięćset tysięcy dziewiętnastu studentów w amerykańskich uniwersytetach i kolegiach, mężczyzn było pięćset sześćdziesiąt trzy tysiące, a kobiet już trzysta pięćdziesiąt sześć tysięcy! A przecież są stany takie, jak Teksas, jak Południowa Karolina, jak Missisipi, w których liczba studentów-kobiet przewyższa liczbę studentów-mężczyzn, są stany, w których kobiety w uniwersytetach i kolegiach stanowią pięćdziesiąt procent, czterdzieści osiem procent, a nigdy mniej czterdziestu.

Amerykanka garnie się do nauki, do wiedzy. Nawet kiedy to czyni dla zadowolenia norm życia towarzyskiego, znacznie przewyższa swoje europejskie siostrzyce. Ona jest główną konsumentką książek i czasopism, ona jest ostoją amerykańskiego ruchu umysłowego.

W tym kierunku nie ma sobie równej. Śpieszy tłumnie nie tylko na popularne wykłady, błyskotliwe prelekcje, ale i na naukowe seanse, i tak nieraz mocne, że Niemkę gotowe by przyprawić o chorobę śpiączki na całe lata, a Francuzkę doprowadzić do histerii.

Amerykanka znosi świetnie najzawilszą strawę naukową, co więcej, pożąda jej, choć często nie dość wyszkolony jej umysł ześlizguje się na zboczach wiedzy ścisłej, przecież to Amerykanki nie zniechęca.

Społecznie Amerykanka przedstawia niezrównanej wartości materiał organizacyjny. Od najmłodszych lat, od ławy szkolnej jest zaprawiona do łączenia się, do zwierania we wspólnie obranym celu.