Ideowo przewyższa mężczyznę. Amerykanin patrzy zazwyczaj w stowarzyszeniu praktycznego zysku, jeżeli nawet nie własnej korzyści, jeżeli nie punktu oparcia w gromadzie, to przynajmniej zabawy, uciechy. Amerykanka natomiast sięga dalej, szuka rozwiązania wszechludzkich zagadnień, szuka nowych dróg, szuka nade wszystko duchowego pokarmu, szuka ich w kole niewieścim, ile że w każdym innym kole czeka ją co najwyżej fokstrot, coctail, partia bridge’a, swawola niefrasobliwych wczasów180.

Amerykanka jest nie tylko miłośniczką literatury, ale i sztuk pięknych w ogóle. On rzuca niekiedy na nie tysiącami dolarów, ale najczęściej dla zadowolenia pychy, najczęściej przez snobizm, przez parweniuszowską chęć posiadania w ogóle tego wszystkiego, co na rynku wszechświatowym zwie się wartością. Ona jedna tylko w Ameryce ją rozumie, ona co najmniej ją odczuwa. Boć ona kształci się ciągle, kształci zawsze, nawet i wówczas, kiedy on już był osiadł na mieliźnie jakowegoś dyplomu, czy zawodowego tytułu, nawet wówczas, kiedy on zdolny jest już, poza „joke’ami”, banalnym droczeniem, rozprawiać jedynie o swym lekarskim, adwokackim czy po prostu rzeźnickim „businessie”.

Amerykanka jest patriotką, silniej oddziałuje na podtrzymanie miłości do Ziemi Washingtona, aniżeli mężczyzna. Takie jedno stowarzyszenie kobiece, jak słynne „Daughters of the American Revolution”, aczkolwiek liczy tylko sto siedemdziesiąt jeden tysięcy członkiń, przechodzi niezawodnie przemożnym swym wpływem nawet potężny „American Legion”, a więc Związek Weteranów Wielkiej Wojny.

Amerykanka nie jest religijna, lecz jest przywiązana do wyznawanej przez się religii, podtrzymuje kongregacje, wypełnia regularnie ławki zborów i świątyń, tworzy, jak zresztą i we wszystkich innych krajach na świecie, siedemdziesiąt pięć procent najgorliwszych parafian.

Lubi pokonywać przeciwności, lubi się nimi jakby odurzać. Nieodrodna córka tych samych warunków klimatycznych, które urabiają Amerykanina, wyróżnia się śród innych kobiet swą odpornością, swą zdolnością do szybkich decyzji, do piorunowego odzyskiwania zachwianej równowagi.

Amerykanka nie znosi drobiazgowości, jest złym materiałem dla domowego kłopotarstwa, nie lubi ręcznych robótek, nie lubi bibelotów, kocha się w haftach, ale wykonywanych na Maderze, gotowa się wystroić w brabanckie koronki, lecz klnie losy, które ją niekiedy zmuszają do przyszycia sobie tasiemki.

Z usposobienia trzeźwa, zimna, chyba w mniej wybrednych sferach i pod wpływem sztucznych podnieceń mniej rozważna, mniej czujna na następstwa.

Taką ją urobiło życie, ku temu pchnęła ją początkowa koedukacja, owo zbliżenie się dziecinne dwu płci, które, o ile żadnej nie wyrządziło szkody, otrzaskało przecież te płcie ze sobą do zbytku, pozbawiło je pewnych iluzji.

Ta koedukacja w dzieciństwie zapoczątkowana trwa w Ameryce i wówczas kiedy młodzież na jednopłciowe podzielona jest uczelnie, ile że trwa w obyczajności, w owym sportowym czy gimnastycznym rozbieraniu się, owym higienicznym umniejszaniu sobie liczby łokci jedwabiu czy bawełny, owym figowym zadawaniu się ze sobą na stadionach, plażach, wycieczkach czy majówkach.

W ten sposób płcie, o ile bez szwanku wytrzymują te próby, dochodzą do pewnego stępienia, zdemagnesowania wzajemnego. Następstwem tego jest aż nazbyt wielkie uniezależnienie młodzieży, aż nazbyt wielka swoboda nie tyle dawana przez rodziców i opiekunów, ile tym rodzicom i opiekunom przemocą wydzierana.