Młodzieniaszek, dorastająca panienka mają mnóstwo swoich własnych spraw i sprawek, do których nikomu, a zwłaszcza domowi rodzinnemu, nic do tego. Swoje własne mają znajomości, swoje własne sympatie, swoje własne zebrania, swoje własne spacery, swoje własne widzimisię.
Ceremonii żadnych, żadnego skrępowania.
Urocza panna Mary zapowiada swoim rodzicom, że tego i tego wieczoru potrzebuje salonu do dyspozycji, gdyż spodziewa się odwiedzin pewnego „boy’a”.
Kto? — Co? — Jak? — To nie należy do rzeczy. Gdyby coś z tego miało wyniknąć, będzie dość czasu na szczegóły. Ważne jedynie, aby salonik był pusty, aby nikt się nie naprzykrzał, nikt nie podsłuchiwał, nie przeszkadzał, bo to jest sprawa uroczej panny Mary, a nie czyja inna.
Na ultimatum ratunku nie ma, poddać się trzeba. Co ma być, to ma być. Lepiej zresztą w saloniku, aniżeli na rozstajnych drogach w jakimś „fordzie” czy między opłotkami.
Większy bodaj niepokój, kiedy urocza panna Mary staranniej się ogarnąwszy i, rzuciwszy roześmiane „bye-bye”, zniknie poza drzwiami wchodowymi181.
Poszła nie wiadomo dokąd, nie wiadomo z kim, a raczej znów wiadomo, że z jakimś „boy’em”.
Urocza panna Mary miewa bowiem bardzo dużo „boys’ów”, z jednym lubi pędzić dziesiątki kilometrów w samochodzie, z drugim lubi chodzić do pływalni, z trzecim na „show” (widowisko), z czwartym do restauracyjki na kolacje, z piątym tylko do „speek-ease” (na pogawędkę do cukierni), a jeszcze z innym na dancing.
„Boys”, a raczej mile widziani przez pannę Mary kawalerowie asystują, zabiegają, nadszarpując sobie w miarę autoramentu mniej lub więcej mocno swe własne dochody.
Panny Mary są wymagające, lubią się bawić, nie lubią oszczędzać, zwłaszcza kiedy obowiązek regulowania rachunków zawsze i tylko jest niedolą kawalera.