Lecz od tych droczeń, jeżeli się tak najłagodniej wyrazić, do ołtarza, do związku małżeńskiego droga daleka. Toć są dopiero czasy kawalerskiego życia, toć są swawole niebezpieczne, ale tylko swawole. Igraszki z amorem rzadko kończą się małżeństwem. To ostatnie zjawia się raczej spoza koliska operacyjnego panny Mary. Niekiedy jako kombinacja rodzinna, niekiedy jako wyjątkowe „coup de foudre”, niekiedy jako trzeźwe wyrachowanie niezawodnych danych.

Posagów w Ameryce nie ma. Co najwyżej wyprawa i odpowiednio do środowiska wielka liczba obowiązkowych prezentów, składanych przez najbliższe grono krewnych i znajomych — co najwyżej jakaś pomoc dla pana młodego w formie korzystniejszej pracy, jakieś współdziałanie ze strony bogatego teścia. Co reszta dopiero po śmierci rodziców, fortuna, i ta wielka, dopiero jako spadek. I tu jeszcze mocne rozgraniczenie tytułu własności.

Bogate dziedziczki i w Ameryce kupują sobie mężów, parweniusze i w Ameryce kupują sobie utytułowanych zięciów — lecz są to przypadki rzadsze, pewnej właściwe sferze, procentowo bardziej okrzyczane, lecz mniej częste aniżeli w Europie.

Na pana młodego spada więc od razu cały ciężar utrzymania domu, ciężar zazwyczaj dotkliwy, ile że taż sama wczorajsza, garnąca się do pracy, do zarobkowania panna — opuszcza ręce... uważa, że od dnia ślubu on, jej towarzysz, jej mąż jest obowiązany myśleć o wszystkich potrzebach. Co więcej, gospodarstwo ją nudzi, męczy, pociąga natomiast dalej życie zewnętrzne, praca społeczna, towarzyskie obowiązki. Nawet w tych uboższych stadłach, kędy Amerykanka godzi się dalej zarobkować, nawet tam gospodarstwo domowe ulega zmechanizowaniu, nawet tam opiera się na rozgrzewaniu puszek z konserwami, nawet tam operuje uproszczeniami, nawet tam wystrzega się zmywania statków182, gotowania, smażenia, prania, wyprawiania kłopotliwych przyjęć — nawet kiedy jest zadość na sługi, to jeszcze dążenie, byle ich mieć jak najmniej, byle się i o nie nie troszczyć.

Mąż powinien pracować, powinien zarabiać i zarabiać stosunkowo wiele. Ona zaś powinna zażywać dolce far niente, jako jego wybranka, jako istota, która mu daje szczęście, która mu przyczynia rozkoszy, umilenia życia.

On co ranka zrywa się kornie, pochłania olbrzymi break-fast, który swędem „baconów” całą wypełnia jadalnię, połyka talerz konfitur, opija się kawą i rwie wprost do „businessu”. Tam, w „businessie” najczęściej około południa przekąska na stojąco i dalsza orka aż do piątej, do szóstej wieczorem, dopiero powrót, niekiedy istna podróż do domowego ogniska.

W ognisku westalka już wystrojona, wymuskana, jeno w ubogiej kondycji decydująca się na przygrzanie jakowejś „puszki” na obiad — a zazwyczaj napraszająca się restauracji, rozrywki, „show”, wieczornej, a bodajby popółnocnej eskapady. W ognisku zatrzęsienie nowin towarzyskich, jakoweś zawiłe dla spracowanego małżonka problematy, co gorsze, niekiedy stosy paczek i żałośniejsze od nich litanie rachunków do zapłacenia.

Dzieci? — Z nimi im wyżej, im bogaciej, im więcej środków na dzieci — tym mniej dzieci.

Ultranowoczesne małżeństwa nie miewają ich wcale — mniej krańcowe zdobywają się na jedno, na dwoje, zacofane dochodzą do trojga. Rezultat stąd opłakany dla statystyki. Na szczęście Ameryka ma jeszcze zadość biedactwa, zadość cudzoziemskich przesądów, które wysypują drobiazgu całymi tuzinami, chronią Ziemię Washingtona przed wyludnieniem.

Harda, ta „nordycka”, ta najlepsza rasa oczywiste bierze cięgi. O tym się nie mówi, natomiast mówi się tak obszernie, tak uczenie o ograniczeniu liczby potomstwa, o uprawnieniu niszczenia płodów, że już postępowi pastorzy zaczynają łaskawie tym teoriom przyświadczać, że nawet w koliskach „obcych”, tych „niezamerykanizowanych” równie niezamerykanizowani „doktorkowie” tysiącami dopuszczają się kryminalnych operacji, z tych operacji nade wszystko żyją...