Za to „złamane serce” należy płacić bardzo słono, za „złamane serce”, za zawiedzioną miłość trzeba równowartość wyliczać w gotówce i nie według ceny rynkowej tego „serca”, które bardzo często nawet zadrapane nie zostało, lecz według zamożności obżałowanego.
Więc z tej uczciwej w zasadzie sprawiedliwości szerokie pole do chwytania w sidła nieopatrznych dudków, istne polowanie na alimenty, zwłaszcza, że te alimenty sędzia amerykański przyznaje i bez... dziecka i bez żadnego dokumentu pokrzywdzenia.
Stąd zawiera się wiele małżeństw ze strachu, pod grozą procesu, który zawsze jest przykrzejszym od rozwodu, co gorsze, kosztowniejszym.
Lecz kto wie, czyli185 nie najgorliwszym krzewicielem rwania węzłów małżeńskich jest wielka nieobyczajność prasy amerykańskiej, nieprzystojność procedury sądowej.
Rozwody toczą się jawnie, przy drzwiach otwartych, w obliczu natłoczonych sal, a przebieg rozpraw sądowych do żadnej nie zobowiązuje dyskrecji...
Mało skrupulatne dziennikarstwo znajduje kopalnie skandalu nawet czasu największej posuchy na ciekawostki, na nowiny, na osobliwe zdarzenia.
Męty pienią się, publiczność chłonie padlinowe wyziewy, dostojny sędzia sili się na kwakierskie dowcipy, poczubione stadła uczą się, wzorują, nabierają odwagi...
Skandal rozwodowy zamienia się w piedestał. W tysiącu naraz gazetach portrety rozwiewnej damy, ofiary brutala, dźwigającej podobno na swej delikatnej powłoce fioletowy ślad srogiego uszczypnięcia przez sinobrode zakusy niecnego małżonka. Oto on, człek ponurego wejrzenia, tak z pozoru wiotki, wątły, a przecież jakiż niesłychany niewiast pożerca!
I pieśń gminna amerykańska zatacza coraz szersze kręgi. Rozwiewna dama dostaje tysiące listów pełnych przysiąg — inne tysiące równie impetycznych listów spadają na srogiego pożercę, aby głodu nie zaznał.
I stąd przecież jest sława i rozgłos, i reklama olbrzymia, boć i w tych świństewkach małżeńskich nawet gwiazdy filmowe amerykańskie znajdują dla się niewyczerpane krynice do umacniania swej popularności, do zdobywania „recordów”.