W puszczach Arizony ideałem jest po dawnemu rycerski „cowboy”, więc dokładnie „krowi chłopiec”, a ściślej mówiąc, pastuch, w Nowej Anglii doktor filozofii, w nowożytnym Bethleem dyrektor stalowni, zgarniający rocznie około ośmiuset tysięcy dolarów, w Hollywoodzie genialna „flapperka”, z fotogenicznej „facetki” wystrzelająca na filmową gwiazdę, w Nowym Jorku „daktylo”, która choć w procencie jeden na sto tysięcy, a przecież umie zadławić multimilionera, a w Waszyngtonie działaczka niewoląca do posłuchu senatorskie karki.

A więc strzec się należy uogólnień, strzec przejaskrawień, nie poczytywać tego za amerykańskie, co ciągle jeszcze jest niemieckie, irlandzkie, włoskie, angielskie, obce.

Home, sweet home, czyli o domowego ogniska słodyczy

Home, sweet home” — więc prastara piosenka anglosaska, zrywająca się po dziś dzień nawet poprzez skowyk wielkich metropolii amerykańskich, więc jakby kołysanka rozlewna, kojąca smętkiem powieści o „słodyczy domowego ogniska”.

Każdemu Amerykaninowi przywodzi ona półmrok zapadającego wieczoru, żwawe na kominku płonących szczap pyrchanie, lekki poszmer kołowrotka, przytłumiony głos starczej postaci pochylonej nad rozwartą Biblią — przywodzi ów pogwar niefrasobliwy, owo patriarchalnej rodziny ciche podziewanie, przywodzi czasy odległe, dawne czasy, czasy purytańskie, czasy kwakierskich cnót, czasy pionierskich zmagań, którym jedyną radością, jedyną otuchą, jedynym ukojeniem było domowe ognisko.

Zmienił się świat, nowe narosły, nowe przywędrowały pokolenia, a pomimo wszystko kult dla tego ogniska w Ameryce jest ponoć silniejszy, kto wie, czy nie głębszy aniżeli w każdym innym zakątku ziemskiego globu. Czyli w tym kulcie pokutują jakoweś odwieczne mary, ukazują się widma, brzmią echa, porzuconej niegdyś pierwszej ojczyzny, wypomnienia „starego kraju”, czyli jeno obyczaj tak mocno wgryzł się w nową społeczność, dość że trwa, że stawi czoło praktyczności, skręca i zimną rachubę, i trzpiotom przyczynia zadumy.

Bodaj z tego kultu wywodzi się w Ameryce ów żywiołowy pęd, który przed szeregiem lat nawet mieszczuchów przejął tak gorącym pragnieniem posiadania już nie mieszkania dostatniego, lecz własnego domku, własnej rezydencji, własnej siedziby, wolnej od udręk nowoczesnych karawan-serajów, a natomiast wystrojonej we wszelkie cechy tego ukochanego ogniska.

Jakoż wszystkie, i te co największe miasta amerykańskie, i te nikłe, drobne osady rozpostarły jakby skrzydła, dziesięćkroć niekiedy powiększyły swe obszary, strojąc się w nieskończone aleje dworków, dworeczków, pałacyków, niekiedy prawie zamków srogich. Rozmach środków komunikacji dodał temu ruchowi impetu. Stany Zjednoczone posiadły nieznany gdzie indziej zbytek, niepojętą gdzie indziej zamożność.

W murach wielkomiejskich, w kamienicach ponurych zostali jeno bezsilni, jeno odosobieńcy, pojedynkowie społeczni. Kto żwawszy, zabiegliwszy ten pod własnym osiadał dachem, bodajby własnymi dźwignięty rękoma. I nie bogacz jeno, nie burżuj, nie geszefciarz, ale i robociarz, i trudu powszedniego skazaniec, i ten maluczki człeczyna, i ten niezdara.

I dzisiaj jeszcze, i dzisiaj można jechać i jechać tysiącami kilometrów wystrojonych w piękne pasma siedzib, zielenią spowitych, schludnych, zalotnych niemal w swej oprawie.