Dopieroż w tych domach, w tych rezydencjach, w tych dworkach...
Chodzić z kąta w kąt a dziwować się pomysłowości urządzenia, wygodom, przezorności, nowoczesności. Toć tu wszystko zrealizowane, wprowadzone, ziszczone to wszystko, co ówdzie roi się jeszcze po mądrych głowach, iskrzy w bystrych umysłach, o czym ówdzie powiada się jeszcze jako o tym, co przyjdzie, co nadchodzi, co się zaczyna niezawodnie...
Domek amerykański już to posiada i nie od wczoraj.
Wystawmy189 sobie rezydencję dwunastopokojową, okoloną kawałem ogródka, z całym ciężarem pamiętania nawet o chodniku, o cerberskich obowiązkach i rezydencję bez sługi lub, co za luksus, przy jednej słudze strojnej w jedwabne pończoszki i pełniącej obowiązki przez osiem godzin dziennie, a resztę czasu poświęcającej spoczynkowi i własnym sprawom, śród których „kino” i „dancing” poważne zajmują miejsce.
Jakże sobie ludzie poczynają? — Jakże taka „Kasia” czy „Marysia” amerykańska zdolna sobie poradzić z takim olbrzymem, wypchanym w dodatku pięciorgiem, a choćby i trojgiem „państwa”?
Ano „Kasia” przeważnie pogwizduje wesoło, jeszcze weselej pogwizduje „Marysia” i ciułają pieniąchy na nowe stroje, nowe uciechy. Gospodarstwo idzie samo, leci, samo się robi... samo się prztyka...
Tu się pociśnie, tam odkręci, tu nastawi, tam zadzwoni i gotowe.
Elektryczność, ogrzewanie centralne, gorąca woda w dzień i w nocy, pralnia mechaniczna, kuchnia istna poezja białości. Do kuchni elektryczne palenisko, kiedy nie elektryczne to gazowe, jak nie gazowe to naftowy automat, za pociśnięciem deska do prasowania wysuwa się ze ściany, odkurzacze elektryczne, elektryczne maszynki robią wafle, pieką sucharki, ogrzewają obolałe brzuszki, zapalają cygara i papierosy, pochłaniają dym w zadymionych tytoniem pokojach, rozpalają żelazka, gotowe kręcić lody, zawijać panienkom filuterne „acrochecoery” nad uszkami, strzyc na jeża trawnikowe dywany, pompować w piwnicy wodę studzienną, źródlaną, masować nazbyt raptownie puchnące damy, fabrykować w lodowni potrzebną ilość lodu i utrzymywać temperaturę marznięcia.
Żadnej męki, żadnego wysiłku. Tu zmywalnie, szereg zmywalni, nieledwie samomyjskich, tu obsączarnia. Dość tknąć, już naczynia piękne, lśniące. Nigdzie sadzy, nigdzie kopciu. Chłodno w mieszkaniu — starczy sprawdzić na zegarku ciepłomierskim i nastawić wskazówkę. Starczy ją ruszyć, a już hen, na dole, w palenisku, zadudniło, „cugi” się zerwały wietrzne i już ciepełko promieniuje z „harmonijek” ogrzewalskich.
Do miasta z koszyczkiem? Chyba samochodem po znaczniejsze zakupy, inaczej jest telefon magiczny... Dość zawołać i już jest, jakby spod ziemi i rzeźnik, i piekarz, i mleczarz, i handlarz wiktuałów, czyli z polska po amerykańsku „grosernik” — a z nim razem wszystko co trzeba przywiezione, dostarczone i najczęściej gotowe... Byle zważać na markę fabryczną, a można bez zachodu, bez zaduchu... dobrać się do najsmakowitszej kapusty ze świńskim ogonkiem czy z poważniejszą częścią świńskiej istoty, do jesiotra w pomidorowym sosie lub do pomidorów w wołowej omaście.