Jeden chyba kłopot, bo pani lubi sama robić „cukierki” i mieszać „devil-food”, czyli diabelski tort (jedyne zachowanie amerykańskie dla tego brzydala), a więc ambaras z obsychającą czekoladową masą.
Poza tym, jedwabne życie w takim domku, bo i telegram telefonem wysłany, i nieporozumienie podatkowe z „fiskusem” telefonem załatwione, i skarga telefoniczna na służbę drogową uwzględniona!
Pokoje widne, przestronne, obrazów i obrazików jak najmniej, chyba u dziwaków albo u milionerów. „Obżedarów” ani poświeć, skorupek, fidrygałek, farfurek, porcelanek, szkiełek, serwantek, etażerek, półeczek, pamiąteczek „ani-ani”... serweteczek, szydełkowych pajęczyn, firaneczek, wisiorków ozdobnych, poobtłukiwanych figurynek nie poświeć.
Wszystko masywne, „dychtowane”, akuratne, zamaszyste, przytulne, ale proste. Owszem nie tylko skóra, ryps, ale plusze jedwabne — lecz gładko obciągane z reguły, nigdy tych pikowań w różyczki, nigdzie zdradliwych zakładek. Jak spluwaczka — to rzekłbyś urna półmetrowa, mosiężna, roztruchan190 niesamowity.
Żadnych szaf europejskich, tego nagrobkowego stylu potworów wypełniających izdebki, żadnych wieszaków po kątach, żadnych „komód”, tak mało doprawdy „commode191”, nawet w murach żadnych schowanek na składy rupieci i kurzu.
W zamian w każdym domu widne, szczelnie zamknięte garderoby z całym aparatem „wieszalnym”, z oszklonymi szafeczkami na kapelusze, na obuwie, w zamian widne bieliźniarki, w zamian w przedpokoju oświetlające się automatycznie schowanko na palta, kalosze i parasole przybywających gości...
Żadnej krętaniny, bieganiny, jak najmniej dreptania, dźwigania...
Zajeżdża zapas węgla przed domek, przed dworek, przed pałacyk, otwiera klapę na zewnątrz domu do szerokiej rury idącej pochyło192 wprost do zagrody piwnicznej przed paleniskiem i zakłada sobie blaszaną rynnę. Ta rynna opiera się we wgłębieniu rury... I oto węglarz spycha sobie całe dwie tony węgla w ciągu kilku minut...
Bieliznę do pralni mieszczącej się w suterenie? — Ależ w pokoju sypialnym jest klapa — wystarczy ją podnieść — brudna bielizna spadnie od razu do kosza w zamkniętej komorze tuż przy pralni.
Sadze? — Kominiarze? — Stare przesądy. Kominy są na schwał, kiedy grymaszą, starczy jeden egzemplarz świątecznego „New Jork Heralda” na zapalenie sadzy i wypalenie ich radykalne.