Jedyna turbacja — dywany, owe amerykańskie „carpety”, upodobanie do kobierców i to nie tylko do przednich amerykańskich, jak „axminstery”, ale i do perskich, tureckich, arabskich, kabardyńskich, bodajby do czerwonoskórych. No i jedyny kłopot większy z sakramentalnym kominkiem...
Kominek prastary, odwieczny musi być. Przy tym im klasyczniej obmurowany surową cegłą, im bardziej przypominający owo prymitywne palenisko, im w czeluści swej przepastniejszy, tym większy splendor, większa domu dostojność.
Owóż ten kominek wymaga żeru, szczap, nieraz mięsistych kłód drzewa, wymaga trudu...
Nie żałują mu go nigdy, nie żałują ani podczas przejmującej zamieci, ani podczas rozhulanego boreasza, ani podczas śmielszego podmuchu wiosennego. Kominki płoną, goreją wszędy. Bez ich migotliwych błysków nie ma dostatniego przyjęcia, nie ma zebrania, nie ma raźniejszej atmosfery.
Ogień na kominku być musi.
Kiedy do szczap daleko, kiedy w miejskim kotłowisku trudno o kominku pamiętać, wówczas dla ocalenia nastroju umieszcza się w otworze kominka... imitację bierwion z azbestu... i puszcza się dokoła nich płomyki gazu... byle się na kominku ćmiło, byle się tliło, byle coś się kopciło.
A łazienki? — A pokoje toaletowe, no a... „ten”?...
Czyliż potrzeba się rozwodzić?
Wanien jest tyle, że mniej z nimi otrzaskane obywatelki przechowują w nich kartofle... a toalet różnorodnych i owych „ten” jest w każdym domku i na każdym pięterku, i w każdym sposobniejszym uboczu tyle, aby było i dla pani, i dla pana, i dla dzieci, i dla służby, a i dla gości — taka bowiem w Stanach Zjednoczonych moda się pleni, że już po jednogodzinnej wizycie trzeba gościa prowadzać niby dwuletniego Jasia lub trzyletnią Lusię...
Okres tego impetu do własnych domków, do własnych chatynek był podobnoć najwdzięczniejszy, najpiękniejszy, najpomyślniejszy.