Ludzie ławą szli za tym prądem. Każdy ciułał, od ust sobie odejmował, byle się dochrapać skrawka własnej ziemi, byle zręby własnego dźwignąć domostwa.

Businessiści poszli prądowi na rękę.

Wyskoczyły niby spod ziemi banki „realnościowe”, pożyczkowo-budowlane, narodziły się przedsiębiorstwa potężne, zamieniające podmiejskie rozsypiska w parki i ogrody i w tych parkach i ogrodach wznoszące gotowe rezydencje i rezydencyjki na sprzedaż za byle dolarki, za cenę zwykłego komornego, za byle procencik, za takie raty, które w ciągu tylu i tylu lat cherlaka lokatora, bez bólu i wysiłku przekuwały na posiedziciela193, fortuny lizusa.

Kredyt święcił był194 triumfy, doszedł był do tak bajecznych plonów, że gdyby i teraz, po tylu latach, zrachować liczby, hipoteki, niespłacone pożyczki, to jeszcze i teraz zaledwie jedna trzecia część wartości należy do nominalnych właścicieli — a dwie trzecie tkwi wytrwale w kieszeniach i kasach cudzych, milionerskich...

Lecz cóż tam obdłużenie takie czy owakie! Najważniejsza195, że ludzie dochodzili do własnych nad głową dachów, że, przywiązując się do tych swoich dworków, do grządek w ogródku, do ścieżynek własną gracowanych ręką, powiększali zastępy obywateli statecznych, osiedziałych, nieskorych na eksperymenty społeczne, na ideowe spazmy. Najważniejsza, że trwał ruch budowlany, fabryczny, że dolary nie próżnowały, zataczały w swym biegu rozległe koliska.

Dopieroż jeszcze, kiedy domek już wymuskany, gotowy, dopieroż nowe zagospodarowanie, przenosiny, dopieroż z nimi radość pożądania, radość nasycenia, bo i to jeszcze trzeba, i tamto, i owo, i jeszcze, i jeszcze, bo wszystko zamarzone196 pod ręką, tuż, za bezcen, za centy prawie...

Nowe meble, kobierczyki, wspaniałe lampy i lampiony, a tedy owe kunsztowne majstersztyki ciszę domowego ogniska umilające.

Więc fortepiany nakręcane czyli elektryczne samograjskie, różne „pianole”, „victrole”, czyli197 wprost gramofonowe „Edisony”.

Na zawołanie, co kto chce. Wstaje z grobu Caruso, mizdrzy się, chyba co najwyżej z czyśćca, Adelina Patti, rzępoli sobie na umór Pablo Sarassate, najsławniejsi muzykanci, wirtuozi, śpiewacy, deklamatorzy, Metternichy nawet, każdej chwili gotowi do popisów, do zachwycenia amerykańskich domeczków. Nareszcie i radio potężne, po całym świecie hulające i to co pół roku nowe, co pół roku lepsze, potężniejsze, sięgające za góry, za morza, za oceany...

A w tym wszystkim hasło, aby za postępem iść, za nakazem dnia. Więc piękne współzawodnictwo, aby się nie dać wyprzedzić nikomu czy to w narcyzach, czy gladiolusach, czy w sile radiofońskiej, czy doborze grających płytek.