Usługa błyskawiczna. Dziesięciu lokai na skinienie, dziesięć panien służebnych. Fryzjerzy najsławniejsi, manikiurzystki, masażyści, prasowacze, praczki, krawcy, szwaczki o każdej porze dnia i nocy. Na zawołanie bilety do teatrów, samochody, liberia, poczta, telegraf, radio, automaty wprost z giełdy i agenci giełdowi, komunikaty sportowe, polityczne, fale ostatnich nowin z towarzystwa... O niczym nie potrzeba myśleć, wystarczy tylko chcieć. Obiad na dwadzieścia osób, lekka przekąska na trzy czy „five206” na pięćdziesiąt... Nie dość przestworu w apartamencie? — Więc tryska kandelabrami „złota sala” — „mauretańska” — „biała” — „błękitna”... Cała amfilada „recepcyjnych” komnat do dyspozycji... lokatora...

Jedyna kwestia — oczywiście rachunek. — Siedem, dziesięć, dwadzieścia tysięcy dolarów miesięcznie... Głupstwo. — Lecz spokój, wolna głowa, a co najpierwsze, najważniejsze brak, brak tego wdawania się, przekomarzania z dziesiątkami ludzi, z nieznośną służbą, coraz bardziej naprzykrzoną, coraz dokuczliwszą....

Tutaj wszystko na głowie hotelu, nawet troska i o to, aby na chwilę znudzenia był tuż w jego labiryncie i koncert nad koncertami, i jazz nad jazzami, i odczyt naukowy, i zjazd ciekawy, i wytwornego towarzystwa zabawa, no i żeby byle kto się nie wmieszał, nie zabłąkał jakowyś parweniusz niezdolny sprostać sumą rocznego dochodu.

Hotel musi pamiętać i pamięta o wszystkim, nawet o porzuconych bezładnie na toalecie klejnotach, nawet o więdnących kwiatach w salonie, nawet o wypalonej cygarem serwecie adamaszkowej.

Cóż za wspaniała instytucja taki pierwszorzędny „family-hotel” — cóż za kwintesencja groszoróbskiego samolubstwa, cóż za forma przewspaniała bezimiennego niewolnictwa...

Dopieroż wyruszyć w stronę pięknych krajobrazów, modnych uzdrowisk, arystokratycznych plaży. Toć jeszcze większy przepych, jeszcze bajeczniejsze urządzenia, bo teraz i obszary do wyłącznej dyspozycji, golfy, tenisy, pływalnie, stajnie koni wierzchowych, pałace „bridge’owe”, tajemnicze gabinety, materacami wyściełane do pokera, do hazardziku, do bardziej „krzykliwych” uciech...

Rozkoszne hotele.

Lecz i te zwykłe, te powszednie, te za dwa, za trzy czy za pięć dolarów dziennie za pokój istotnie w niepojęte wyposażone przymioty.

Ceny zawsze jednakowe i pokoje jednakowe, żadnego taksowania gości według wyglądu, żadnego zdzierstwa. Napiwków bardzo maleńko i żadnych doliczeń za usługę.

Każdy pokój jest uważany jako wynajęty na dwadzieścia cztery godziny, to znaczy, że codziennie ten pokój musi być nie tylko z gruntu sprzątnięty i wywietrzony, nie tylko zrewidowany w każdym szczególe, ale zaopatrzony od początku we wszystko...