A więc co dzień czyste powłoczki, co dzień czyste prześcieradła, co dzień nowe zapasy mydełek, co dzień biureczko wypełnione kolekcją papieru listowego różnego formatu, co dzień sprawdzony na toalecie dobór nici od wypadku, guziczków, spinek, co dzień nowe zwoje bielizny kąpielowej, co dzień sprawdzone funkcjonowanie kranów, światła, co dzień doprowadzenie pokoju jakby do pierwotnej, niepokalanej wytworności. I to bez względu na to, czy przebywający w danym pokoju zatrzymał się na jeden dzień czy na cały miesiąc.
Wnętrza pokojów hotelowych raczej skromne, niewymyślne. Ściany jasne, meble ciemnoorzechowe, stalowe, blaty nakryte kryształowymi taflami, na ziemi płowy dywan, szczelnie wypełniający całą przestrzeń. Ani jednego zbytecznego sprzętu, każdy z góry obmyślony, dopasowany do tego właśnie kąta, do tego wolnego miejsca.
Przy każdym pokoju wspaniała, lśniąca kafelkami łazienka z umywalnią, higienicznym sprzętem, z prysznicem, potokami bodaj ukropu, zapasem mydełek, pół tuzinem ręczników, puszystymi prześcieradłami i śnieżnymi kobierczykami na mozaikowej posadzce.
Kto nieobeznany z amerykańskim hotelem, tego na każdym kroku czeka niespodzianka.
Żadnego dzwonka elektrycznego, żadnego w ogóle dźwięku, spoza stalowych drzwi wchodowych zawsze cisza głęboka, niczym niezakłócona. Jedyną komunikację do wszystkiego stanowi telefon przy łóżku, spoczywający na księdze adresowej i Biblii...
Na sygnał telefoniczny zjawia się nie popychel korytarzowy, nie sprzątaczka, lecz odpowiedni specjalista. Ubogie wszakże ma interesy do służby hotelowej przeciętny amerykański podróżny. W pokoju ma pod ręką wszystko, co najnieodzowniejsze, a więc i świecę, i zapałki, i popielniczki, i kran z oziębioną wodą źródlaną do picia, i kalendarz pod kryształową taflą, i atrament, i zapas piór, i karty pocztowe, i sukno do wycierania butów, i zegar do regulowania temperatury, i korkociąg osadzony w ścianie łazienki dla licznych wrogów prohibicji, i ma co dzień o siódmej rano wrzucony do pokoju olbrzymi numer miejscowego „Times’a”, „Heralda” czy „Trybune’y”, i ma radio, i ma tuż na korytarzu puszkę do listów, która choćby z czterdziestego piętra wyceluje zawsze do skrzyni otwieranej co pół godziny przez cerberów pocztowych, i ma we drzwiach wejściowych zaczarowane schowanko... Starczy przed ułożeniem się do snu umieścić w tym schowanku odzież, aby nazajutrz znaleźć ją wyczyszczoną, wyprasowaną — starczy rzucić jeden wyraz do telefonu i w zjawiającego się „boy’a” palnąć kłębkiem swej zdartej wprost z ciała... jedynej bielizny... o dwunastej w nocy, aby o godzinie piątej rano mieć ją wypraną, artystycznie we właściwych miejscach naglansowaną.
W hotelu amerykańskim ani dokumentów, ani meldunków. Dość na liście dziennej podróżnych napisać Mister Smith z Grove-City lub, jak kto woli, Mister Meyer z Trenton. Reszta nikogo nie obchodzi.
Natomiast hotel amerykański, aczkolwiek nie dociekał, gdzie się dany gość urodził, czy się urodził i czy był taki, który go w ogóle rodził — jest w stanie dokładnie powiedzieć o swym lokatorze, o której godzinie przyjechał, o której godzinie wyszedł z pokoju, o której powrócił, kto się doń meldował, ile za nim wniesiono bagażu, ile paczek doń nadeszło z magazynów i jakich, ile paczek sam przyniósł ze sobą, ile i jakich otrzymał listów...
Słowem, hotel amerykański posiada o przejezdnym daleko więcej i ciekawszych informacji aniżeli te, które zawiera szmatka natrętnych policyjnych znaków zapytania. Każdy bowiem hotel amerykański ma znakomicie wytresowaną służbę detektywów.
Inaczej nawet być nie może. Tam, gdzie się podziewa naraz sześć, cztery, a choćby tysiąc obcych ludzi, gdzie co godzina jedna dziesiąta tych ludzi zmienia się, wyjeżdża, tam, gdzie dolne hale i ubikacje hotelowe wypełnia od świtu do późnej nocy tłum wszelkiego rodzaju interesantów, przechodniów, tam detektyw ma więcej do czynienia, więcej aniżeli w niejednym i to kilkunastotysięcznym miasteczku.