Na czarnej liście przybywa jeden więcej Smith, możliwie dokładnie opisany... O ile by ten sam „gość” po raz drugi powtórzył tego rodzaju „kleptomanię” — w takim razie więcej do tego samego hotelu wpuszczony nie będzie. Do dwu razy w Ameryce sztuka.
Dla detektywów twarda to służba, bo zaiste ciężko przy największym napięciu nerwów upilnować te tłumy przepływające szeregiem wejść poprzez czeluście olbrzyma hotelowego.
Wszak hotel amerykański jest istotnie jakby ośrodkiem życia wielkomiejskiego, jakby potężnym centrum ogniskującym to, co gdzie indziej bytuje rozproszone, podzielone, rozrzucone.
Gdzież się w Ameryce można umówić, gdzież spotkać, gdzież najspokojniej pogawędzić — toć w hotelu!
Nie potrzeba w nim mieszkać, nie potrzeba w nim nikogo znać.
Oto dwu czy dziesięciu chicagowian daje sobie rendez-vous w hotelu Shermana, nawet nie w Morrisonie, gdzie się cały rozbiera kabaret, lecz choćby w Congress Hotelu. Ładuje się ta paczka chicagowian płci obojga między hotelowe luksusy, hotelowe zimowe ogrody, zasuwa w plusze, rozsiada na sajetach i najspokojniej sprawy załatwia.
Hotel się nie gniewa, hotel amerykański się nie obraża, służba obcemu równie uprzejmie podsuwa fotel.
Na Piątej Avenue w Nowym Jorku gwałt nad gwałtami.
— Rety, bójcie się... nie wytrzymam!...
Co tu robić, gdzie czego szukać?