Zdzierstwo jest bezwzględne, łatwe, bo wyzyskujące moment kiedy strata drogiej osoby wszelkie inne straty czyni błahymi, kiedy odmówienie szczegółu „pompy żałobnej” wydaje się brakiem zachowania dla zmarłego. Przebiegłość czuwa, ta dyplomowana przebiegłość, i miarę pogrzebową stosuje do rozmiaru polisy asekuracyjnej... która bardzo często idzie na trumnę „skromniutką” za dolarów pięćset, na paradę, na ten ziemski sych, który nieboszczykowi jest już całkowicie niepotrzebny...

Ówdzie dzieje się nie lepiej, w Ameryce wszakże gorzej.

Kult dla zmarłych jeszcze nie ustaje. Ma swój piękny wyraz w urzędowym święcie obchodzonym skwapliwie w dniu trzydziestym maja. Kult pełen słońca, kwiecia, raczej pogody smętnej aniżeli rozełkania...

Amerykanin, zda się, nie opłakiwać, lecz Stwórcy dziękować, że tacy byli, że narodzili się, że istnieli.

Żałoby po zmarłych nie nosi. Koloru czarnego nienawidzi.

Wypomnienia swoje rad znaczy nie dniami zgonu, lecz datami narodzin.

Nie egzekwie odprawia, lecz święta harde. Obchodzi nie śmierć Washingtona, nie ponurą chwilę mordu, dokonanego na Lincolnie — lecz raduje się w rocznicę ich przyjścia na świat Boży...

Jeno ogień na kominkach płonie coraz smętniej, coraz sztuczniej, jeno pieśń o „Home, sweet home” brzmi jako to, co oddala się, co już odchodzi, co zamienia się w poszept...

Siadła bieda na workach złota i płacze

Siadła bieda na workach złota i płacze.