Z nowożytnej Kolchidy, z owej zaklętej krainy złotego runa wieści żałosne.
W Ameryce, na ziemi wszelkich niemożliwości, w tej chełpiącej się bogactwami Ameryce dni ponure — nareszcie i w Ameryce.
Pierś oddycha z pewną ulgą.
Więc i tam za oceanem. Więc nie ma ani czego zazdrościć, ani czego naśladować. Systemy, organizacja, zawziętość, rozmach, energia, toć blichtr, graczy przemijająca chwalba.
I tam jeszcze większe tłumy nędzarzy, i tam widma groźne, i tam alarmy, łatanina, bezradność, groszowa filantropia, i tam kołatanie się od jednego frazesu do drugiego.
Przepotężny bankier całego świata, posiedziciel230 skarbów nad skarbami, dobroczyńca miłościwy, nieskąpiący ochłapów międzynarodowym pariasom, wczorajszy Krezus, a dzisiaj powiastkowy Arab na pustyni bez kropli wody z sakwami diamentów.
Gdzież powiadać o amerykańskich wzorach, gdzież przykładów szukać, kędy231 bankructwo metod, pogrom nowatorstwa!
Złoto? — Góry złota? — Starczy od nich się odwrócić, aby stały się górami podrzędnej użyteczności kruszcu...
Jakby na potwierdzenie tych złowrogich wieści, oto z pola bitewnego pod Yorktown, z uroczystego obchodu wiekopomnego zwycięstwa, które Stanom Zjednoczonym dało niepodległość, spośród fanfar, armatnich wiwatów, spod łopoczących sztandarów chrypi memento gubernatora Pensylwanii...
„W kraju, płynącym mlekiem i miodem — zawołał Gifford Pinchot, zgrzytem mizernym wspaniałość zakłócając chwili — milionom brak żywności!... Nie walczymy dzisiaj z książętami i mocarstwami, ale walczymy z głodem i chłodem, walczymy z mamoną, walczymy z nieprawością na wysokich stanowiskach!”...